STARY SYSTEM W NOWYCH SZATACH

STARY SYSTEM W NOWYCH SZATACH 

O prezydenckim projekcie ustawy o szkolnictwie wyższym

Reforma edukacji ‚od przedszkola do doktora’ została zahamowana, bo reforma ta nie miała głowy. Zreformowano przedszkola i nieco szkoły ‚niższe’, a szkoły wyższe pozostały skansenami nie do końca upadłego systemu socjalistycznego. Kształceni w skansenach PRL nauczyciele nie stali się motorniczymi, lecz są hamulcowymi reform. Wyższe uczelnie kształcą już masowo doktorów, ale tych nie wchłaniają ani szkoły wyższe, ani upadający przemysł, ani szkoły ‚niższe’. Doktor, nawet z dużymi osiągnięciami dydaktycznymi na uczelni, nie ma na ogół szans na zatrudnienie w liceum czy gimnazjum, gdyż stanowiłby konkurencję dla niekreatywnego zespołu takiej szkoły. Nawet gdyby wygrał konkurs na takiego nauczyciela to musiałby przejść przez staż, np. u słabego swojego wychowanka, który może być już mianowanym, a może i dyplomowanym nauczycielem. Taki jest kuriozalny system promujący mniejsze kwalifikacje i brak kreatywności. Żadna z dotychczasowych ustaw tego nie znosi, bo ustawy są cząstkowe i nie uwzględniają interesu całego społeczeństwa a tylko interes jakiejś grupy, która ma siłę przeforsować korzystną dla siebie ustawę.

Tak też jest z ustawą o szkolnictwie wyższym, której projekt przygotowywany jest przez zespół prezydencki. Ten projekt nazwano też profesorskim bo przygotowywany jest przez profesorów i zabezpiecza dobrze ich interesy.

Skazani na peryferia

Profesorowie argumentują, że taka ustawa jest potrzebna aby być w zgodzie z tworzeniem jednej przestrzeni dydaktycznej i naukowej w Europie co zapisano w tzw. Karcie Bolońskiej sformułowanej i podpisywanej przez rektorów uczelni europejskich.
Jednakże projekt prezydencki nie jest zgodny z Kartą Bolońską. Gdy zostanie wdrożony, nie znajdziemy się w przestrzeni europejskiej, a co najwyżej – na jej peryferiach.
Nowa ustawa nie zajmuje się kompleksowo zmianami w nauce i edukacji. Stanowi dostosowanie do już istniejących rozwišzań mających swe korzenie w PRL, jak np. piramidalnie rozbudowany system stopni i tytułów naukowych (w tym profesora belwederskiego – kuriozum na skalę światową). Odnosi się wrażenie, że chodzi o przebranie starego systemu w nowe szaty.

Potęga habilitacyjna, mizeria naukowa

Polska jest potęgą habilitacyjną ale mizerią naukową i tak może pozostać na lata. Wielu profesorów protestuje przeciwko uproszczeniu awansu naukowego na wzór amerykański przypominając konsekwencje politycznie uwarunkowanych awansów po 1968 r. (‚docenci marcowi’). Ale politycznie uwarunkowane awanse miały miejsce i po roku 1989 r. a zdarzają się także obecnie.

Wymóg habilitacji wcale nie zamknął miernotom drogi do awansów. Profesorowie habilitowani mają trudności z wykrywaniem plagiatów, z formowaniem nowej kadry naukowej, prowadzeniem dydaktyki na wysokim poziomie, a zwykli doktorzy nie mieli z taką działalnością większych problemów, poza problem nienawiści ze strony ‚profesorów’. Jakoś dziwnie wielu ‚uczonych inaczej ‚ robi tzw. habilitacje nie wtedy gdy pracują na uczelniach, lecz wtedy gdy pracują na ministerialnych czy pokrewnych stanowiskach. Ciekawe, że dopiero po przejściu do polityki znaleźli czas na prace naukową.

Mierni naukowo, ale dobrze umocowani politycznie i towarzysko, bez problemów się habilitują. Mamy wielu profesorów po habilitacjach w Akademiach Nauk Społecznych (przy KC PZPR), mamy profesorów po habilitacjach w Moskwie, Mińsku, Kijowie, w NRD, bo tam jest (lub był) system z naszym kompatybilny. Absolwenci i doktorzy Harvardu czy innych renomowanych uczelni mają natomiast problemy nie tylko z awansem, ale w ogóle z zatrudnieniem w polskim systemie nauki i edukacji. Podobnie jest z niezależnymi naukowcami rodzimego chowu. Przegrywają ustawione konkursy na obsadzanie etatów uczelnianych. Jeśli przetarg gospodarczy jest ustawiony to istnieje szansa, że opozycja polityczna taki przetarg zakwestionuje, a media opiszą. A czy ktoś czytał o ustawionych konkursach na uczelniach? O ustawionych konkursach na wygrywanie projektów badawczych – grantów KBN? A to jest standard w tradycji nauki polskiej. Chyba dlatego media o tym nie piszą i wszyscy uważają, że tak winno być.
Projekt nowej ustawy prezydenckiej tego tematu nie podejmuje.

Generałami nie liczy się armii

Europa otwiera się na USA, gdzie nauka nie jest umocowana politycznie, a jej cel stanowi nie uzyskiwanie stopni i tytułów, tylko osiąganie nowych wyników. W USA habilitacji nie ma, a nauka jest na światowym poziomie. U nas uczony po habilitacji często zawodowo się wypala – tacy ludzie do emerytury nie są już w stanie nic zrobić. Nierzadko zajmują się tylko obroną zajmowanych pozycji i niszczą potencjalną konkurencję, zamiast tworzyć aktywne naukowo zespoły badawcze.

W krajach gdzie naukę uprawia się na serio, prowadzi się najczęściej badania zespołowe. U nas priorytetem jest zdobywanie licznych stopni i tytułów, a te trzeba zdobywać w samotności, jak ostatnio słyszałem (na rozprawie sądowej!) od profesora doktora habilitowanego, który wyraźnie oddzielał proces prowadzenia badań naukowych (w zespołach) od procesu awansu naukowego (praca w samotności). I w tym miał rację, bo tak u nas jest. Albo się uprawia naukę, albo się zdobywa stopnie. I tak ma pozostać !?

Stopnie i tytuły są celem nauki polskiej. Jeśli tego się nie zmieni, nic się nie zmieni. Nie można rozwoju nauki mierzyć tylko wzrastajšcą krzywą utytułowanych, co bardzo lubią biurokraci. Niestety, u nas rozwój nauki tak się mierzy.

Po wprowadzeniu prezydenckiego projektu ustawy nauka w Polsce będzie nadal bardziej kompatybilna z nauką białoruską czy ukraińską niż z tą uprawianą w krajach Unii Europejskiej. Po habilitacje najlepiej będzie nadal jeździć za Bug, bo zza Odry, czy zza oceanu nic podobnego nie uda się przywieźć.

W prezydenckiej ustawie od ilości profesorów uzależniony jest podział szkół na akademickie i nie-akademickie. Uczelnie między sobą się różnią – i to znacznie. Podział jest konieczny, ale czy kryteria podziału są zasadne? Czy rzeczywiście poziom nauczania w uczelni jest uzależniony od ilości profesorów? Czy siła armii uzależniona jest od ilości, często kiepskich, generałów?

Po co nam doktorzy

W Polsce masowo kształci się doktorów. Ale jaka z nich korzyść? Dlaczego kształceni w takich ilościach doktorzy nie stanowią podstawowej kadry nowych uczelni niepaństwowych ? Wielu z nich nie może znaleźć pracy. W czym problem ? Czy profesorowie nie biorą na serio doktorów, których sami wypromowali bo wiedzą, że oni się do niczego nie nadają, czy też doktorzy są tak dobrzy, że obawiają się ich konkurencji ? Brak badań w tej materii, więc trudno opowiedzieć na to pytanie.
Za granicami doktorzy nadal się kształcą – w różnych zespołach, na różnych uczelniach. Jeśli publikują w dobrych czasopismach, biorą udział w kształceniu kadry, mogą walczyć o etaty na uczelniach. Do konkursów staje i 100, a nawet więcej doktorów. Wygrywa najczęściej najlepszy. U nas do konkursu staje na ogół jedna wytypowana osoba, reguły konkursu są dostosowane do jej kwalifikacji, i z góry wiadomo, że jest to osoba najlepsza. Często jest to krewny któregoś z pracowników uczelni, bo u nas kryteria genetyczne dominują nad merytorycznymi. Do takich doktorów kadra uczelni nie ma zaufania, ale nie ma też siły ani chęci wyjścia poza ten zamknięty krąg. Dopiero mianowani przez prezydenta nie-magistra profesorowie belwederscy są u nas kadrą cenioną bo pochodzącą z namaszczenia pozauczelnianego.
Prezydencki projekt ustawy o szkolnictwie wyższym ten stan petryfikuje bo inaczej do głosu by mogli dojść niesformatowani doktorzy i rozpędzić ten cały cyrk.

Józef Wieczorek 

Opublikowane w: Gazeta Polska, 21 stycznia 2004

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: