Jakie uniwersytety? – polemika

Cezary Wójcik & Józef Wieczorek 

Jakie uniwersytety? – polemika 

Leszek Pacholski – profesor i obecny rektor-elekt Uniwersytetu Wrocławskiego w kwartalniku ‚Nauka’ nr. 1 , 2005 opublikował tekst „JAKIE UNIWERSYTETY?”, który wcześniej był dostępny w internecie. W wersji skróconej tekst ten został opublikowany także w „Tygodniku Powszechnym” (43/2004; 2885). W pełnej wersji opublikowanej w „Nauce” autor poświęcił sporo miejsca pacyfikacji naszych poglądów wyrażonych w artykule ‚Prof. dr hab. dożywotni’ opublikowanym w Polityce nr 30/2004 (2462).

Warto tu nadmienić, iż nasz artykuł wywołał ożywioną reakcję w środowisku akademickim, prowokując wiele wypowiedzi, zarówno krytycznych, jak i popierających nasze poglady, których wybór także ukazał się w „Polityce”, a ich pełne teksty i dyskusje internetowe dostępne są nadal na stronach internetowych tego tygodnika. (http://polityka.onet.pl/162,1176405,1,0,2462-2004-30,artykul.htmlhttp://polityka.onet.pl/162,1181578,1,0,artykul.html ). 

Nie bez znaczenia dla czytelnika będzie podanie informacji, że na witrynie ‚Prawo o szkolnictwie wyższym – debata(http://www.ii.uni.wroc.pl/~psw/) niestety z tekstem Leszka Pacholskiego – Jakie uniwersytety ? nie można dyskutować mimo podanej informacji ‚Zapraszamy do dyskusji! ‘. Natomiast nasza witryna – Niezależne Forum Akademickie www.nfa.pl otwarta jest dla dyskusji o czym polskie środowisko akademickie zostało poinformowane. Wielu naukowców z tej możliwości otwartej i niecenzurowanej dyskusji korzysta, o czym każdy zainteresowany może się przekonać. Serdecznie zapraszamy ! 

Leszek Pacholski zarzuca nam bałamutność i naiwność, tymczasem to jego wypowiedź nosi takie cechy. Autor podaje wybiórcze informacje o naszych poglądach, mimo że zna także inne nasze teksty. Widzi nas w roli pacyfikujących poglądy innych, gdy tymczasem to my jako szeregowi naukowcy (nie -decydenci) jesteśmy obiektami pacyfikacji ze strony decydentów, do grona których należy też Leszek Pacholski.

Strach się odezwać w sprawie zmian systemu nauki i edukacji w Polsce, gdyż wzbudza to zacięty i solidarny opór ze strony osób z kół profesorsko-decydenckich. Nic w tym dziwnego, skoro taka reforma zapewne pozbawiłaby dużą część tego grona wpływów i posad po wprowadzeniu przyjętych w cywilizowanym świecie standardów naboru i weryfikacji pracowników. Elementem tego oporu jest obrona habilitacji jak niepodległości. Leszek Pacholski przyrównał ją wręcz do amerykańskiej „tenury”, czyli gwarancji nieusuwalności z posady po awansie ze stanowiska profesora pomocniczego. 

Czy Prof. Leszek Pacholski rzeczywiście nie widzi różnicy między ‚tenurą’ a habilitacją? Znamy z autopsji w Polsce liczne przykłady profesorów lekceważących studentów, wyrzucających indeksy przez okna, łamiących przepisy akademickie, stosujących mobbing i „sexual harrasment” wobec studentów i doktorantów, uprawiających lub tolerujących plagiaty, do tego miernych naukowo, a mimo to „nie do ruszenia”. Nawet jak odejdą z jednej uczelni, zawsze znajdą przystań na innej.

Tego typu „naukowcy” dawno utraciliby „tenurę” w USA. Postulowana przez nas likwidacja habilitacji jest tylko częścią całościowej reformy systemu. Wyrwanie naszego postulatu z kontekstu jest zabiegiem demagogicznym.

Likwidacja habilitacji bez zmian systemowych nie zmieni kondycji nauki w Polsce na lepsze, tak jak na lepsze nie zmienia sytuacji utrzymywanie habilitacji. Leszek Pacholski zdaje sobie sprawę, że mimo obowiązywania habilitacji pozostały jedynie oazy uprawiania nauki w Polsce, o czym pisze, i zapewne w takiej oazie pracuje nie wychodząc na otaczajacą pustynię. Ale dalsze utrzymywanie obecnego systemu może doprowadzić do wyschnięcia źródeł zasilających te oazy, które wówczas zasypie piasek miernoty. 

Leszek Pacholski nie nadmienia, że postulowaliśmy w wielu naszych tekstach (por. zebrane teksty na Niezależnym Forum Akademickim – działy : Debata nad Ustawą o Szkolnictwie Wyższym, Patologie środowiska akademickiego, Perspektywy nauki i szkolnictwa wyższego ) wprowadzenie do polskiego prawa zasady jawności dorobku naukowego, oceny naukowców według tego jawnego dorobku a nie według dożywotnich tytułów, które w naszym systemie często są od dorobku niezależne.

 Nie nadmienia też, że postulowaliśmy wprowadzenie zasady obsadzania etatów na drodze otwartych i jawnych konkursów z udziałem wybitnych przestawicieli zagranicznych środowisk naukowych, oraz zasady mobilności kadry akademickiej. 

Niestety obecny system uzależnia ocenę poziomu uczelni i jej akredytację od ilości posiadanych tytułów, przyjmując tytuły naukowe pracowników za najważniejszy miernik poziomu nauki uprawianej na uczelniach. Stąd też zerowa stopa bezrobocia wśród byłych „pracowników naukowych” tzw. Wyższej Szkoły Nauk Społecznych (później Akademii Nauk Społecznych) przy KC PZPR, o których zatrudnienie biły się uczelnie, potrzebujące wykazać się odpowiednią ilością pracowników z habilitacją i profesurą, nawet jeśli habilitacja dotyczyła podstaw „marksizmu-leninizmu” czy innych paranaukowych absurdów. 

Nasze środowisko akademickie nadal broni się przed stosowaniem standardów anglosaskich. Stąd też mamy bazy niedanych o ludzach nauki, bazy niedanych o wynikach projektów badawczych i nie ma siły aby do prawa wprowadzić nakaz ujawniania tego co winno być jawne, a nie tajne. 
O ile można zrozumieć, iż reform boją sią utytułowane miernoty naukowe, o tyle dziwi fakt, iż bronią się przed nimi często także ci nieliczni profesorowie, tacy jak Leszek Pacholski, którzy skorzystaliby na takiej reformie, mając szansę zostać liderami zreformowanej polskiej nauki. 

Pragniemy podkreślić, że generalnie z naszymi poglądami zgadzają się w swoich tekstach publicystycznych m.in. prof. M.Żylicz, Prof. J.Kalisz , rektor WSB-NLU K. Pawłowski, którzy do zagadnień podchodzą bardziej systemowo, gdy natomiast prof. L. Pacholski jakby nie do końca zgadzał się z tym co sam napisał i podpisał w liście otwartym umieszczonym na swojej stroniehttp://www.ii.uni.wroc.pl/~psw/index.php/psw/aktualno_ci/list_otwarty_z_1_x_2004). 
Tak jakby był ‚za, a nawet przeciw’ radykalnej, ale koniecznej reformie systemu nauki w naszym kraju. 

Cezary Wójcik (Evansville, USA), 
Józef Wieczorek (Kraków) 

P.S. tekst opublikowany na ‚papierze’ w NAUKA 4/2005 
http://www.pan.pl/modules.php?name=Content&pa=showpage&pid=191 

http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=113

2005-07-23

Strategia lizbońska a sprawa nauki w Polsce

Cezary Wójcik, Józef Wieczorek 

Strategia lizbońska a sprawa nauki w Polsce 

Nie sposób przyznać racji autorom artykułu „Nauka to potęgi klucz” („Rz” 259 z 4.11.2004r.), którzy stwierdzają, że w Unii Europejskiej, a w Polsce w szczególności, „kariera naukowa powinna przyciągać coraz więcej osób” , gdyż celem szeroko zakrojonej strategii rozwoju zjednoczonej Europy (tzw. strategii lizbońskiej) jest <„więcej lepiej wykwalifikowanych naukowców dla całej Europy”. 

Autorzy podkreślają, że najlepsza metoda rozwoju nauki polega na „promowaniu współzawodnictwa wśród naukowców i instytutów badawczych” . Jest to stwierdzenie bardzo istotne, jeżeli weźmie się pod uwagę, iż współautorem artykułu jest premier Marek Belka.

Tymczasem, deklaracje zawarte w tym artykule stoją w wyraźnej sprzeczności z tym, co dzieje się w naszym kraju. Kolejne pokolenia polskich naukowców albo porzucają karierę naukową, albo kontynuują ją poza granicami naszego kraju, najczęściej za oceanem. Poszczególne osoby lub grupy badawcze, które prowadzą wartościowe badania naukowe i odnoszą uznawane na świecie sukcesy, czynią to najczęściej dzięki pieniądzom z trudem zdobywanym za granicą. Dzieje się tak dlatego, że polska nauka pozostaje pod kontrolą starzejącego się lobby profesorskiego, składającego się w większości z uczonych noszących w sobie jarzmo PRL. 

Niestety, Sejm pracujący nad nową ustawą o szkolnictwie wyższym opiera się w głównej mierze na projekcie złożonym przez prezydenta RP, bardzo dalekim od standardów najbardziej wydajnego w nauce systemu anglosaskiego.

Jeżeli zasadnicze założenia projektu prezydenckiego petryfikującego obecny system zostaną przegłosowane przez Sejm, to strategia lizbońska w Polsce pozostanie na papierze. Jeżeli nie dokona się reformy systemu organizacji i finansowania nauki na wzór anglosaski, wprowadzając wypróbowane rozwiązania oparte na konkurencji i współzawodnictwie, to polskie ośrodki naukowe nie sprostają konkurencji w europejskiej przestrzeni badawczej. O ile fundusze w ramach dotychczasowych programów ramowych UE były rozdzielane według klucza politycznego, o tyle granty na badania z Europejskiej Rady ds. Badań będą w większości rozdzielane na zasadzie otwartego konkursu projektów badawczych. Może to doprowadzić do sytuacji, że polscy podatnicy będą finansować badania w świetnych ośrodkach w Heidelbergu, Oksfordzie czy Paryżu, podczas gdy pozostałości polskich ośrodków badawczych będą dogorywać z powodu zupełnego braku funduszów. 

Cezary Wójcik, Dallas, USA 
Józef Wieczorek, Kraków 

 
Autorzy są inicjatorami Niezależnego Stowarzyszenia na rzecz Nauki i Edukacji w Polsce. 

Tekst opublikowała Rzeczpospolita 8.11.2004 

http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=12

2004-11-21

Plagi polskie

Plagi polskie


Cholera w Sejmie (tekst Łukasza Turskiego – tygodnik Wprost 32 [8 sierpnia 2004 ]http://www.wprost.pl/ar/?O=64288&C=57), dżuma w służbie zdrowia, trąd w pałacu sprawiedliwości oraz w pałacu nauki i edukacji – to tylko część z plag, które spadły na III RP. 
Co gorsza, niektóre plagi utrwalane są ustawowo w ramach przeprowadzanych „reform”, m.in. w prezydenckim projekcie „Prawo o szkolnictwie wyższym”.Z „kwiatków” w tym projekcie można by ułożyć spory pierwszomajowy bukiet dla przystrojenia tego PRL-owskiego skansenu, jaki stanowi system nauki i edukacji w Polsce. Na cale szczęście Sejm jeszcze tego prawa nie uchwalił, a z dwóch ortogonalnych projektów ustawy komisja ma zrobić jeden.

Nie wiadomo, czy wyjdzie z tego projekt pentagonalny, czy heksagonalny, ale jedno jest pewne, że nie wyjdzie z tego żaden projekt, który by uzdrowił polskie szkolnictwo wyższe.

Niedobrze by było, aby ta ustawa była ostatnim tchnieniem konającego Sejmu, czego jednak domagają się rektorzy grożąc czarną procesją. Ten Sejm nie jest w stanie „zdemontować korby do zatrutej akademickiej studni”.

Prof. Turski słusznie proponuje likwidację bubla konstytucyjnego w postaci artykułu o bezpłatnych studiach. Trzeba by jednak stworzyć fundusz stypendialny dla naprawdę chcących się kształcić studentów.

Stypendia na ogół funduje przemysł, lub filantropijni bogacze. W Polsce jednak przemysłu prawie już nie ma, a żadna ustawa nie zmusi naszych milionerów do zmiany orientacji filantropijnej.

Fundusz mógłby powstać z odpisów podatkowych, a także ze środków obecnie księgowanych co prawda po stronie wydatków na naukę, ale marnowanych m.in. w jednostkach badawczo-rozwojowych nie wykazujących ani skłonności do badań, ani rozwoju, czy w wielu bezwartościowych jednostkach PAN-owskich.

Do przeprowadzenia takich zmian potrzebny jest jednak Sejm bardziej zatroskany o losy kraju, niż o swoje własne.

Józef Wieczorek, Kraków

(tekst opublikowany w serwisie Nauka w Polsce) –http://nfa.pl/articles.php?id=3

Czy nowa ustawa o szkolnictwie wyższym da nam szanse na wyjście z czwartej ligi ?

Czy nowa ustawa o szkolnictwie wyższym 
da nam szanse na wyjście z czwartej ligi ?
 

Polityka (nr. 40, 2004 – Niższe szkoły wyższe) słusznie zauważyła, że nawet najlepsze polskie uczelnie to światowa czwarta liga jak wynika z rankingu uczelni z całego świata. Co prawda nie wszyscy się z tym zgadzają, twierdząc, że to kryteria przyjęte w rankingu nas krzywdzą. Niewątpliwie gdyby w rankingu światowym, podobnie jak w naszych rodzimych rankingach, i w kryteriach stosowanych przez Państwową Komisję Akredytacyjną, brano przede wszystkim pod uwagę liczbę profesorów (najlepiej belwederskich) i habilitacji bylibyśmy naprawdę wysoko, niewątpliwie na czele pierwszej ligi. Rzecz w tym, że na świecie takie kryteria mało kogo obchodzą, bo celem nauki nie jest zdobywanie tytułów tylko poszerzanie światowej wiedzy a uczelnie winny ją przekazywać studentom i uczyć młodych jak nową wiedzę tworzyć. My w tym jesteśmy słabi, bo jesteśmy nastawieni głównie na zdobywanie tytułów niezależnych często od poziomu wiedzy i produkcję mało wartych dyplomów. Mamy wielu ‚sklonowanych’ profesorów pracujących na wielu etatach w bardzo licznych uczelniach, ale na ogól bardzo słabo znanych, lub nie znanych w nauce światowej. Chlubne wyjątki tylko potwierdzają regułę. 

Niestety obecny system nauki i edukacji w Polsce jest dość osobliwy i nie zanosi się na to aby został zmieniony. Preferowany tzw. prezydencki (zwany też rektorskim) projekt ustawy o szkolnictwie wyższym utrwala ten anachroniczny, finansowo marnotrawny i mało wydajny system nauki polskiej. Konkurencyjny projekt poselski jest otwarty na najbardziej wydajny system anglosaski, gdzie nie ma habilitacji a są otwarte konkursy (a nie fikcyjne jak u nas) na stanowiska uczelniane. Niestety projekt poselski zakłada zbytnią stabilizację kadry co nie jest zgodne z duchem systemu anglosaskiego i co prowadzi do wielu patologii. Wzorcowa obecnie kariera to od studenta do rektora na jednej uczelni. Ponad 50-letnie przebywanie na tej samej uczelni to powód do chwały i nagrodę z okazji inauguracji kolejnego roku akademickiego. Natomiast mobilność kadry naukowej jest w naszym systemie źle widziana. Chów wsobny (wychowywanie swoich dla siebie) jest dominującym sposobem rekrutacji kadry akademickiej. Trzymający władzę w nauce jak ognia boją się wprowadzenia oceny dorobku przez międzynarodowe gremia, co jest niemal standardem nie tylko w pierwszej, ale nawet w drugiej czy trzeciej lidze. Z kolei polski doktor, dla którego nie ma miejsca na czwartoligowej polskiej uczelni, może być członkiem międzynarodowego jury dla oceny zagranicznego badacza. Polskiego badacza mogą natomiast oceniać tylko sami swoi, z tytułami, chociaż często bez znajomości ocenianej rzeczy. Niestety projekty ustawy nie przewidują zmian tego patologicznego systemu. 

Dlaczego stanowiska profesorskie nie mogą być obejmowane przez nie-swoich doktorów mających międzynarodowy dorobek i autentyczne osiągnięcia edukacyjne ? Po co utrzymywać osobliwy tytuł profesora ‚belwederskiego’ nadawanego przez Prezydenta skoro nie ma profesorów ‚białodomowych’, ‚elizejskich’, ani nawet ‚hradczańskich ? 
Niestety w Polsce tytuły mają znaczenie sakralne, czego nawet akcesja do Unii nie jest w stanie zmienić. Zanosi się na to, że możemy mieć nową ustawę, ale w starych szatach, bez ustawienia’ spraw najważniejszych – systemowych, czyli m.in. modelu kariery naukowej, tak osobliwego w Polsce. W tych sprawach stracono już 15 lat i możemy stracić 15, a nawet więcej następnych, tracąc jednocześnie tysiące, czy nawet setki tysięcy młodych, kreatywnych ludzi, dla których w Polsce, w nauce nie będzie miejsca. Nie będzie też sensu powrotu dla wielu Polaków aktywnie pracujących naukowo za granicami kraju.

Jeden ze współtwórców prezydenckiego projektu ustawy – Rektor UJ, Prof. Ziejka – ostatnio wyraził publicznie (DEBATA, TV) nadzieję, że zgodnie z nową ustawą będzie mógł zatrudniać nie-habilitowanych profesorów zagranicznych – bo tam nie ma habilitacji. Habilitacja będzie natomiast obowiązkowa dla Polaków zgodnie z tym projektem. Jak ktoś będzie Polakiem to nie będzie mógł być profesorem na polskiej uczelni bez habilitacji. Chyba to jest jawna dyskryminacja Polaków niezgodna z Konstytucją. Może prowadzić do ucieczki Polaków do innych krajów, gdzie nie ma habilitacji lub do wynarodowienia naukowców polskich, którzy będą przyjmować obywatelstwo innych krajów, aby mieć możliwość zatrudnienia na polskiej uczelni bez habilitacji. Polak – nie-habilitowany profesor Uniwersytetu w Cambridge (pierwsza liga światowa) nie będzie miał po co wracać do Polski, bo co najwyżej mógłby być zatrudniony na etacie adiunkta na uczelni z czwartej ligi światowej. Taki jest kuriozalny system nauki w Polsce i tak ma pozostać zgodnie z prezydenckim projektem ustawy. Jesteśmy w Unii, ale tak jak w Unii długo jeszcze u nas ma nie być. Rektor UMK, Prof. Kopcewicz ostatnio argumentował w Senacie, że i u nas za dwieście lat sytuacja będzie inna’. Ale taka perspektywa może mieć istotne znaczenie co najwyżej dla rozwoju badań nad hibernacją, ale naukowcy z innych dziedzin raczej na spełnienie tych obietnic nie będą czekac. 

Projekt prezydencki dobrze reprezentuje interesy korporacji profesorskiej (rektorskiej), która ten projekt przygotowała, ale chyba nie jest podyktowany troską o dobro kraju. Rektorzy zdają sobie sprawę z tego, że tą ustawę dobrze zabezpieczającą ich interesy może uchwalić tylko ten upadający już Sejm. Rektor UJ, Franciszek Ziejka mówił ostatnio „Jeśli przetrwa ten Sejm, to jest szansa na to, aby ustawa o szkolnictwie wyższym była uchwalona w tej kadencji sejmowej” (tekst ‚Dwie propozycje’, Dziennik Polski – 14-09-2004) Jest bowiem oczywiste, że nie byłoby już takiej szansy gdyby powołano nowy, mający większe poparcie społeczne i bardziej zatroskany o losy kraju Sejm. 

Projekt ustawy o szkolnictwie wyższym to kolejny bubel i jasne jest że jak przejdzie w tym sejmie to trzeba go skierować do Trybunału Konstytucyjnego albo Europejskiego. Ale po co to taki projekt w ogóle dawać do Sejmu ? 

Dlaczego nie przyjąć systemu, który sprawdził się w krajach mających uczelnie w pierwszej lidze ? Trzymanie się kurczowo systemu czwartoligowego, może spowodować, że i z tej ligi możemy niedługo spaść, bo inne kraje europejskie starają się zmienić aby nawiązać konkurencję z najlepszymi. 

Józef Wieczorek 

autor jest inicjatorem Niezależnego Stowarzyszenia na Rzecz Nauki i Edukacji 

Fragmenty tekstu zostały opublikowane na łamach Polityki nr 44,2004 

http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=9

2004-11-20

Ustawa o szkolnictwie wyższym – czy kolejny bubel legislacyjny jest naprawdę pożądany?

Ustawa o szkolnictwie wyższym – 
czy kolejny bubel legislacyjny jest naprawdę pożądany? 

Obecny Sejm mający znikome poparcie społeczne, właściwie już na ‚łożu śmierci’, produkuje coraz to nowe buble legislacyjne, które podlegają kolejnym nowelizacjom, także niekiedy naruszającym prawo i kierowanym do Trybunału Konstytucyjnego. W Sejmie tym znajduje się projekt ‚Prawo o szkolnictwie wyższym’, a właściwie 2 projekty – prezydencki i poselski, które po pierwszym czytaniu zostały przekazane do specjalnej komisji, aby z nich przygotowała jeden. 
Niestety nie ma woli politycznej, aby doszło do opracowania ustawy, która by zmieniła system nauki i edukacji w Polsce stanowiący obecnie skansen PRL-u. Tworzone są ustawy cząstkowe: ustawa o tytułach i stopniach naukowych – ostatnio znowelizowana, ustawa o finansowaniu nauki i wspomniane – prawo o szkolnictwie wyższym. Niestety te ustawy nie zmieniają zasadniczo ustroju nauki, tak osobliwego i bardzo odbiegającego od najbardziej efektywnego systemu anglosaskiego. 
Zdumiewające jest, że rektorzy uczelni chwytają się tego sejmu jak tonący brzytwy domagając się uchwalenia ustawy, grożąc procesją jakby do tego nie doszło. Zdają chyba sobie sprawę, że żaden sejm o lepszej kondycji moralnej i intelektualnej na uchwalenie takiej ustawy się nie zdobędzie. 

Dwie propozycje 

Rektor UJ – Franciszek Ziejka w artykule „Dwie propozycje” (Dziennik Polski – 14-09-2004) dyskredytuje projekt poselski zachwalając prezydencki. 
Dyskusje na temat projektów nowej ustawy toczą się nie tyle w mediach drukowanych, co głównie w Internecie m.in. na stronach
http://www.solidarnosc.org.pl/~ksn/ 
http://www.naukowcy.republika.pl/ 
http://www.psrp.org.pl/?sub=aktualnosci&sec=rozne 
http://forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=32 
a także w parlamencie – http://orka.sejm.gov.pl/Biuletyn.nsf 
Podstawowe różnice między obu projektami to – petryfikacja obecnego systemu nauki i edukacji w projekcie prezydenckim (rektorskim) i wola jego zmiany w poselskim, niestety zbyt kompromisowym i niedopracowanym. 
Projekt poselski wymusza niejako zmiany w całym systemie nauki, bo proponuje inny model kariery akademickiej wzorowany na modelu anglosaskim – niestety nie do końca, bo zachowuje kuriozalny w skali światowej tytuł profesora belwederskiego (czy raczej obecnie „namiestnikowskiego”) i niestety idzie zbyt daleko odnośnie stabilizacji kadry, co nie da się pogodzić z duchem systemu anglosaskiego. Tym niemniej po wprowadzeniu koniecznych zmian ten projekt byłby bliższy modelowi preferowanemu coraz szerzej w krajach unijnych, gdy natomiast projekt prezydencki (rektorski) bliższy jest systemowi obowiązującemu w krajach komunistycznych czy post-komunistycznych (np. w Białorusi, Mołdawii czy na Kubie). 
Jesteśmy już w Unii, ale nie w nauce i edukacji. Niektórzy rektorzy zapewniają co prawda, że za 200 lat będzie jednak lepiej, ale kto będzie czekał na osiągnięcie takiego matuzalemowego wieku? Młodzi na wszelki wypadek opuszczają kraj nie czekając na spełnienie takich wątpliwych obietnic rektorskich. 
Rektorzy wprowadzają w błąd społeczeństwo twierdząc, że ich projekt spełnia wymogi unijne w przeciwieństwie do projektu poselskiego. Jest całkiem inaczej! 

Polemika z tezami Rektora UJ 

Rektor Ziejka bardzo słusznie zauważa, że „rocznie przybywa nam około 5 tys. doktorów rocznie. Musi istnieć sposób ich weryfikacji, zanim przejmą opiekę nad innymi pracownikami naukowymi.” Niestety obecny i proponowany do utrwalania w projekcie prezydenckim system weryfikacji się nie sprawdza. 
Najlepszym sposobem tej weryfikacji byłyby otwarte, rzeczywiste konkursy na obsadę stanowisk z udziałem weryfikatorów zagranicznych. Obecny system lipnych konkursów – dla swoich – w ramach stosowanego chowu wsobnego niczego nie weryfikuje pozytywnie (wyjątki tylko potwierdzają regułę). Przy obecnym sposobie weryfikacji ktoś, kto uformował wielu pracowników naukowych nie ma szans na zatrudnienie w uczelni – zbyt duży kontrast z pozytywnie zweryfikowanymi, którzy i pracy magisterskiej nie potrafią poprowadzić, ani plagiatu wykryć. 
Weryfikacja merytoryczna winna się zaczynać na szczeblu przyjęć na studia (a nawet wcześniej) i winna dotyczyć także osób zatrudnianych na stanowiskach profesorów. Profesor to winno być stanowisko dla aktywnych naukowo i dobrych edukacyjnie nauczycieli akademickich, a nie dożywotni tytuł stanowiący coś w rodzaju dożywotniego immunitetu. 
Rektor Ziejka polemizuje ze zwolennikami zmiany systemu nauki: „Twierdzenie o tym, że habilitacja ogranicza rozwój naukowy jest absolutnie nieprawdziwe, bo młody człowiek rozwija się przygotowując określoną rozprawę”. 
Jednakże rozwój najlepiej widać po dobrych publikacjach w dobrych czasopismach i po efektach edukacyjnych. Habilitacje, które są publikowane często w makulaturowych pismach instytutowych większego znaczenia dla rozwoju nauki nie mają i nie świadczą o rozwoju młodego człowieka. Działalność naukowa jest na ogół zespołowa a w naszym systemie wymaga się natomiast działań indywidualnych, co ogranicza rozwój nauki. Jaki jest dystans do świata pracującego zespołowo – każdy widzi. 
Rektor Ziejka słusznie twierdzi – „Konkurencja jest wpisana w ten zawód. Osoby, które się nie sprawdzą, muszą odejść.” Tak być powinno, ale niestety jest inaczej. Osoby, które się nie sprawdzają w nauce i edukacji – nie odchodzą, tylko mają zapewnione dożywotnie posady bez kontroli, bez pozytywnych działań na rzecz nauki i edukacji. Odchodzą ci, którzy zagrażają dożywotnim profesorom, często nieaktywnym na polu nauki a bardzo aktywnym na polu wykańczania potencjalnych konkurentów. W obecnym systemie największą wartością nauczyciela akademickiego jest jego lojalność w stosunku do trzymających władzę w nauce. Najlepiej to zilustruje fragment z genialnego „Cesarza” Ryszarda Kapuścińskiego „Była to może najwybitniejsza indywidualność w elicie, człowiek godzien najwyższych zaszczytów i stanowiska. Cóż z tego, kiedy – jak wspomniałem – łaskawy pan nigdy nie kierował się zasadą zdolności, tylko zawsze i wyłącznie zasadą lojalności”. To się czyta tak jakby to był opis tego, co się dzieje w nauce polskiej. 

Rektor Ziejka martwi się postulatami projektu poselskiego: „Bo jak się ma rozwijać nauka, jeśli trudno będzie zwolnić słabego pracownika”. 
Otóż, słabi pracownicy zgodnie z projektem poselskim nie byliby zatrudniani na uczelniach, bo o przyjmowaniu pracowników decydowałyby otwarte, a nie fikcyjne jak obecnie konkursy oraz dorobek naukowy. 
Obecny stan rzeczy jasno wskazuje, że rektorzy nie mają nawet zamiaru zwalniać słabych pracowników, szczególnie wtedy, jeśli ci mają tytuły profesorskie przynoszące uczelni dużo punktów akredytacyjnych, natomiast nie mają trudności w zwalnianiu, nawet z naruszaniem elementarnych praw człowieka, dobrych pracowników – wychowawców wielu pracowników naukowych. Jak się ma rozwijać nauka skoro rozwijających naukę rektorzy nie chcą widzieć w swoich murach! 
Według rektora Ziejki – „Autorzy poselskiego projektu mówią, że trzeba równać do Ameryki, gdzie nie ma habilitacji, ale z drugiej strony nie chcą wiedzieć, że w Ameryce nie wolno pracować na dwóch uczelniach.” To wprowadzanie w błąd czytelnika. Właśnie oba projekty i prezydencki i poselski zakładają możliwość pracy na 2 etatach i to jest negatywna strona obu tych projektów! Najwyższy czas skończyć z tym procederem wieloetatowości profesorskiej (nierzadko fikcyjnej) szczególnie bulwersującej w sytuacji silnego bezrobocia dotykającego także doktorów. 
Rektor Ziejka obawia się, że w przypadku likwidacji habilitacji „Każda uczelnia mogłaby wówczas mnożyć profesorów, ale czy każdy profesor byłby mądry…” jakby nie zauważając, że przy obecnej weryfikacji kadr nie każdy profesor jest mądry. Widocznie ta weryfikacja jest wysoce niedoskonała. Ostatnio jeden z profesorów wypowiadał się, że proporcjonalnie ilość kretynów wśród profesorów nie jest mniejsza niż w innych zawodach. Widać obecny system źle działa skoro tak jest, i widać to gołym okiem. Petryfikacja tego stanu rzeczy nie poprawi proporcji mądrych profesorów wśród głupich. 
Rektor Ziejka obawia się także, że „komitety zakładowe określonego związku zawodowego będą decydowały o tym, komu dać profesurę a komu nie” ale jakby zapomina, że przecież wielu obecnych profesorów zostało „przepuszczonych” przez komitety zakładowe PZPR, które decydowały komu dać profesurę, a komu nie. Panu Rektorowi jakby to nie przeszkadzało. Straszy tym, czego i tak nie będzie, a aprobuje to co jest, mimo że być nie powinno. W nauce i edukacji żadnej pozytywnej weryfikacji nie było. Nadal dominuje selekcja negatywna. 
Rektor Ziejka twierdzi, że „Chodzi o stworzenie normalnego rynku edukacyjnego.” Niestety projekt prezydencki tego nie zapewnia. Obecnie zgodnie z ustawą o szkolnictwie wyższym (a w każdym razie ze stosowaną jej wykładnią) nawet kryminaliści mogą zakładać szkoły wyższe (http://kiosk.onet.pl/art.asp?DB=162&ITEM=1189077&KAT=241, Trybuna Sląska 17.09.2004), i nawet ministerstwo edukacji nie jest przekonane czy nowa ustawa taką możliwość wykluczy. Ziejka twierdzi „Chodzi po prostu o inne pojęcie rozumienia zawodu nauczyciela akademickiego. To nie jest zawód zwyczajny, to jest powołanie”. Niewątpliwie, jeśli zawód może być wykonywany nawet przez kryminalistów – to nie jest to zwykły zawód. Do takiego zawodu trzeba mieć autentyczne powołanie! 
Czy to jest normalny rynek edukacyjny? Okazuje się, że ci, którzy mieli wysokie osiągnięcia edukacyjne, najwyższe oceny od studentów i wychowanków negatywnie wpływali na młodzież akademicką i pracować na uczelniach nie mogą, ale kryminaliści takiego negatywnego wpływu nie mają i mogą nawet szkoły zakładać. Czy to jest normalne? 
Polska winna być normalnym europejskim krajem, państwem prawa. Niestety tak nie jest, szczególnie w sferze nauki i edukacji. Jeśli zostanie przyjęty w zasadniczej części prezydencki projekt ustawy to długo w tych sferach normalnie nie będzie. Kolejny bubel legislacyjny jest naprawdę pożądany tylko przez rektorów. Młodzi woleliby zmianę systemu nauki i edukacji w Polsce, aby było normalnie i żeby mogli się realizować w swoim kraju, zamiast opuszczać go nieraz na zawsze, bo nie ma do czego wracać. Ustawy tak przyjazne nawet dla kryminalistów są bardzo nieprzyjazne dla uprawiających naukę a tak nie powinno pozostać na wieki. 

Józef Wieczorek 
(autor jest inicjatorem Niezależnego Stowarzyszenia na Rzecz Nauki i Edukacji) 

Tekstu nie przyjęła redakcja Dziennika Polskiego. 
Jak widać żadnej polemiki z twórcami i zwolennikami projektu prezydenckiego w środowisku akademickim być nie może. W nauce zamiast koniecznego nieposłuszeństwa w myśleniu obowiązuje obecnie lojalność w stosunku do trzymających władzę. 

Tekst opublikowano w Niezależnym Magazynie Publicystów – Kontrateksty 

http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=10

2004-11-20

Jesteśmy w Unii, ale nauka polska jest w PRL-u

Józef Wieczorek 
http://www.geo-jwieczorek.ans.pl 

Prof. dr hab. Osman Achmatowicz – sekretarz Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów 

Szanowny Panie Profesorze, 

W Forum Akademickim ( http://www.forumakad.pl/wiadomosci45.htm ) z zainteresowaniem zapoznałem się z Pana uzasadnioną opinią na temat różnic naszego oraz anglosaskiego systemu nauki i jednocześnie ze zdumieniem przeczytałem Pańską konkluzję, że jedynym u nas procesem selekcji ma zostać habilitacja. Dlaczego ? 

Dlaczego, mimo wejścia do Unii i werbalnej kampanii na rzecz dostosowania naszego systemu do standardów unijnych, nasz system ma tak się różnić od najbardziej wydajnego systemu funkcjonującego już w niektórych państwach Unii ? Dlaczego nasz system ma nadal być bardziej kompatybilny z systemem krajów postkomunistycznych, a nie z systemem krajów w nauce przodujących ? Czy nie jest to działanie na szkodę naszego kraju, z którego coraz więcej bardzo zdolnej młodzieży wyjeżdża nie znajdując dla siebie miejsca i nie mając zamiaru wracać bo nie ma do czego – system nie jest zmieniany, system jest petryfikowany na wiele kolejnych lat. 

Dlaczego nowe ustawy nie mogą wprowadzać warunków selekcji, które zdały egzamin w systemie anglosaskim ? 

Przecież jeśli u nas w odróżnieniu od systemu anglosaskiego 

konkursy na stanowiska profesora nie są otwarte,   startuje w nich jeden, z góry upatrzony kandydat przewidziany na zwycięzcę  naukowiec przystępuje do konkursu w macierzystej uczelni, w której spędza na ogół całe naukowe życie – od studenta do profesora 

istnieje niemal nieograniczona liczba stanowisk profesorskich (nierzadko tworzonych specjalnie dla określonej osoby) a zatrudnienie w praktyce następuje dożywotnio  komisja powołana na okoliczność fikcyjnego konkursu nie jest zainteresowana zatrudnieniem jak najlepszego kandydata, bo najlepszym jest tylko ten, który pojedynczo w rozpisanym na niego konkursze – startuje 

to to jest obraz patologii naszego systemu, który należałoby gruntowanie jak najszybciej zmienić aby Polska miała szanse na wyjście z obecnej zapaści naukowej. 

Głoszenie walki z patologią, tak ostatnio modne, i jednoczesne tworzenie przyjaznych, systemowych warunków dla jej występowania jest kosmiczną wręcz hipokryzja decydenckiej grupy tworzącej korzystne dla siebie prawo. 

Dlaczego jedyną selekcją pracowników naukowych ma być habilitacja, która jak widać gołym okiem nie spełnia swojego selekcyjnego zadania, a nie cały zespół czynników występujących w systemie anglosaskim? O co tu chodzi ? Jak można sądzić – chodzi o dalsze, ręczne sterowanie środowiskiem naukowym, tak aby zgodnie z dotyczasową tradycją kryteria genetyczno-towarzyskie przeważały nad kryteriami merytorycznymi. 

Do cech systemu anglosaskiego należy też jednoetatowość -a nie ulubiona przez polskich profesorów wieloetatowość, przy jednoczesnej bezetatowości doktorów na swoja zgubę przewyższających nierzadko profesorów intelektem. W systemie anglosaskim obowiązuje jawność dorobku naukowego i jawność jego oceny oraz możliwość krytyki naukowej. Przed taką jawnością grupa trzymająca władzę w nauce wręcz heroicznie się broni. Możliwość krytyki naukowej praktycznie u nas nie istnieje. Panie profesorze ! tam się kończy nauka gdzie kończy się możliwość rzeczywistej krytyki naukowej, a w nauce polskiej krytyka naukowa grozi dożywotnią śmiercią zawodową dla tego kto by ją otwarcie zaczął stosować. Zatem uprawnione jest pytanie – czy rzeczywiście nauka polska spełnia kryteria naukisensu stricto , która ze swej natury jest ponadto globalna a nie krajowa ? 

Skoro profesorowie , którzy przeszli przez konieczne – jak sie argumentuje – sito CK, nie potrafią organizować rzeczywistych konkursów dla wyłonienia najlepszego merytorycznie kandydata na stanowisko, nie potrafią rozpoznawać plagiatów u studentów czy naukowców, a nawet sami je popełniaja, nie potrafią prowadzić na dobrym poziomie wykładów, prac dyplomowych – to chyba jasne jest, że nie spełniają podstawowych kryteriów samodzielnego pracownika nauki i na takich stanowiskach nie powinni być zatrudniani. Warto tu podkreślić, że doktorzy, którzy żadnych szans na zatrudnienie w naszym systemie nie mają , nie mieli takich problemów czy to z wykładami, czy z plagiatami, czy z formowaniem nowej kadry naukowej. Niestety kontrast – między tymi, którzy przez nasze sito selekcji przeszli i tymi, którzy żadnych szans przejść nie mają – jest taki, że tylko utrwalanie obecnego systemu opartego na perfeksyjnie funkcjonującej pajęczynie akademickiej może ocalić obecne grupy trzymające władze w nauce. 

Ma Pan rację, że kryteria na stanowiska profesorów w systemie anglosaskim są o wiele surowsze od naszych, stąd poziom niehabilitowanych profesorów w systemie anglosaskim jest zupełnie nieporównywalny z tym, który na ogół reprezentują profesorowie doktorzy habilitowani nauki polskiej. Gdyby u nas takie kryteria zastosować to wiekszość profesorów by musiała odejść zwalniając miejsca dla tłamszonych przez nich doktorów. Ale która uczelnia by spełniła wówczas kryteria tytularne ( nie merytoryczne) wprowadzone przez PKA dla ochrony interesów kasty profesorskiej ? 

Panie Profesorze! Polsce potrzebna jest radykalna zmiana całego systemu nauki i edukacji w kierunku najbardziej wydajnego systemu anglosaskiego a nie tworzenie ustaw obliczonych na zaspokojenie interesów jednej grupy tworzącej korzystne dla siebie prawo. 

Józef Wieczorek, www. geo-jwieczorek.ans.pl, e-mail:jozef.wieczorek@interia.pl 

Do tej pory bez odpowiedzi 

http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=26

2004-12-10

REAKCJE :Ustawy pierwszej potrzeby

REAKCJE :Ustawy pierwszej potrzeby 

„Rzeczpospolita” 20 stycznia w artykule „Ustawy pierwszej potrzeby” tekst  sugeruje, że posłowie powinni uchwalić jeszcze w tej kadencji ustawę – Prawo o szkolnictwie wyższym. Niewątpliwie ustawa o szkołach wyższych jest potrzebna. Problem w tym, że ta, którą przygotowano, nie jest ustawą pierwszej ani nawet dalszej potrzeby. Nie gwarantuje ani wysokiej jakości kształcenia studentom, ani wysokiej jakości badań i nauczania nauczycielom akademickim. 

Można mieć różne poglądy na temat reformowania nauki i szkolnictwa wyższego w Polsce, ale chyba dwie kwestie są zasadnicze – dorobek naukowy musi być jawny oraz muszą być jawne i otwarte konkursy na obsadzanie etatów. Bez jawności dorobku naukowego, a także edukacyjnego, wszelkie oceny pracowników czy szkół wyższych to lipa! Bez jawnych i otwartych konkursów żadnych pozytywnych zmian w nauce i szkolnictwie wyższym nie będzie. Okazuje się, że organy, które mają odpowiadać za szkolnictwo wyższe, nie uważają się za organy właściwe do oceny dorobku naukowego nauczycieli akademickich lub kontroli fikcyjnych konkursów na obsadzanie etatów przez „swoich”. 

Ustawianie konkursów na uczelniach jest regułą i nie budzi to zainteresowania mediów w przeciwieństwie do ustawianych przetargów. Niestety, takimi „drobiazgami” ustawa też się nie zajmuje i utrwala tym samym patologiczny system głęboko zakorzeniony w PRL. Ponadto ustawa dyskryminuje obywateli polskich w zatrudnianiu na uczelniach i nie przewiduje instytucji mediatora akademickiego, co zapewni utrzymanie feudalnego systemu tak charakterystycznego dla dzisiejszych uczelni. 

To tylko kilka przykładów wad ustawy, która może się okazać kolejnym bublem legislacyjnym. 

Józef Wieczorek, Kraków 
Autor jest inicjatorem Niezależnego Stowarzyszenia na rzecz Nauki i Edukacji oraz redaktorem portalu Niezależne Forum Akademickie
 

Tekst opublikowany na łamach Rzeczpospolitej – Prawo co dnia 22.01.2004

http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=50

Urodzaj na Akademickie Kodeksy Etyczne

Urodzaj na Akademickie Kodeksy Etyczne 

Postanowiono w lesie wreszcie wydać prawa. 
Co może robić niedźwiedź, co lis, co trawa. 
Uradzono przepisy, nowele, ustawy, 
Osobno dla niedźwiedzi, dla lisów, dla trawy. 
A potem prawodawcy, co prawa wydali, 
Schodzili w bok przed misiem, a trawę deptali…
 
Jan Sztaudynger 

W szkolnictwie wyższym nie dzieje się najlepiej. Coraz częściej słyszymy, a to o plagiatach profesorów czy doktorów tuszowanych na ogół przez solidarne środowisko, a to o pracach dyplomowych kupowanych w Internecie, a to o profesorach wieloetatowcach – nierzadko fikcyjnych. Jednym słowem dobrze nie jest. Zauważyła to nawet senacka Komisja Nauki, Edukacji i Sportu Senatu RP, która po kontrolach NIK wydała oświadczenie na temat patologii w szkolnictwie wyższym, a także Konferencja Rektorów Szkół Akademickich, która wystosowała w tej sprawie osobny apel. Wielu jednak nadal mówi, że nie można uogólniać – są przecież dobre uczelnie, porządni ludzie. Nie można w to wątpić. Nawet w komunizmie byli porządni ludzie, ale system był jednak nieludzki i to uogólnienie jest uprawnione. Uprawnione jest tez uogólnienie, że z etyką korporacji akademickiej jest niedobrze, mimo że są w niej także porządni ludzie. O tym świadczą nie tylko z rzadka ujawnianie afery, ale przede wszystkim reakcje środowiska. Właśnie przyzwolenie na przekręty, na wieloetatowość, na fikcyjne etaty, fikcyjne dyplomy to sygnały kiepskiej kondycji moralnej środowiska akademickiego. 
Ostatnio obrodziły nam uczelniane kodeksy etyczne. Ich twórcy ogłaszają – tak dalej być nie może, ktoś musi powiedzieć, że „król jest nagi”, trzeba zaprowadzić jakiś ład w środowisku akademickim. 

W ubiegłym roku, w maju Senat UJ ogłosił Akademicki Kodeks Wartości. W ślady poszła Politechnika Wrocławska, a niewiele później AGH ogłaszając kolejne Akademickie Kodeksy Etyczne. 
Czy to może napawać optymizmem? Na pierwszy rzut oka – tak. Są kodeksy to znaczy, że problem jest zauważony i próbuje się go rozwiązać dla dobra społecznego. Im więcej uczelnianych kodeksów etycznych to może i „etyczność” środowiska rośnie. My lubimy krzywe, które rosną. To weszło do naszej mentalności. 
Ale dlaczego nie ma jednego kodeksu etycznego nauczyciela akademickiego opartego na uniwersalnych wartościach etycznych? 

Więcej niż Siedem Grzechów Głównych 

Kodeksy zawierają zasady etyczne, które winny obowiązywać nauczyciela akademickiego, i to bez względu na stopnie oraz tytuły, jakie posiada, i bez względu na to, jakie stanowiska piastuje. Założenia są surowe. Na ogól 9-11 zasad – więcej niż grzechów głównych. To może świadczyć o skali problemu i budzić nadzieje na poprawę. 
W Akademickim Kodeksie Wartości mowa jest o takich wartościach jak odpowiedzialność, sprawiedliwość, rzetelność, lojalność, samodzielność, uczciwość, godność, wolność, którymi winni się kierować nauczyciele akademiccy. Nie zawsze jednak pozostają z nimi w zgodzie. Drogowskazy zostały albo zniszczone albo poprzestawiane. Nie wiadomo było, jak iść. AKW ma być takim drogowskazem, tym razem dobrze umocowanym, trudnym do zniszczenia, niełatwym do przestawienia. W AKW czytamy „Powinnością każdego mistrza jest wychowanie innych mistrzów”. A jak z tym jest w rzeczywistości? Mistrzowie się skarżą, że nie ma kto ich zastąpić. Nie dodają jednak, że tych, którzy to mogli zrobić nierzadko „wycięli w pień”. O tym nie mówią, narzekają, że to wina braku pieniędzy. Jeśli odejdą na emeryturę to pozostanie luka pokoleniowa. Muszą więc dalej być zatrudnieni, najlepiej na kilku etatach. Bo nikt ich przecież zastąpić nie zdoła. Taki jest biedny los mistrzów, którzy nie wychowali innych mistrzów. No trzeba jednak wspomnieć o mistrzowskich wychowankach, którzy salwowali się ucieczką za ocean, aby mieć jakieś warunki do normalnej pracy naukowej. Twórcy AKW objaśniają: „Szkoła wyższa to zarazem wyższa szkoła sprawiedliwości. Sprawiedliwego stosunku wymaga merytoryczna i etyczna wycena pracy innych”. Tak być powinno, ale niestety jest całkiem inaczej. Ocena pracy nierzadko jest uzależniona od kryteriów genetycznych, kryteriów lojalności i zmienia się w zależności od poglądów wypowiadanych przez nauczycieli. Większość na wszelki wypadek albo się nie wypowiada w ogóle, albo się wypowiada anonimowo, pseudonimowo. 
Podobnie jest z tolerancją, o której czytamy „Tolerancja – to uważne wsłuchiwanie się w opinie innych, nawet w te przeciwstawne ogólnie obowiązującym, zwłaszcza naszym, osobistym” . Niestety takich opinii nikt nie chce słuchać, a najbardziej twórcy tych zasad. Ktoś, kto wykazuje odmienną – od decydentów – orientację intelektualną i moralną nie ma raczej szans na zrobienie kariery akademickiej. 
Na pytania: czy AKW w jakiś sposób zapewni chociaż odpowiedni klimat do urzeczywistnienia tych zasad? Czy stworzy atmosferę dobrej roboty? Trudno odpowiedzieć z przekonaniem twierdząco. 
Na szczególne uznanie zasługuje stwierdzenie AKW: „Podkreślić trzeba z naciskiem, iż te same normy winny obowiązywać profesorów, co i oszukujących studentów, z tym, że ci pierwsi muszą bezdyskusyjnie i niezmiennie w ciągu calej kariery nauczyciela akademickiego świecić osobistym przykładem młodszym kolegom oraz całej studiującej młodzieży.” 
Gdyby tę zasadę dało się wprowadzić w życie, gdyby chociaż twórcy AKW zaczęli świecić takim przykładem, to kondycja moralna środowiska akademickiego byłaby całkiem inna. 
Lojalność ponad wszystko 

Wśród wartości akademickich na czoło wysunięto zasadę lojalności. Sprawdza się zatem uniwersalność genialnego„Cesarza” Ryszarda Kapuścińskiego. Zacytujmy: „Była to może najwybitniejsza indywidualność w elicie, człowiek godzien najwyższych zaszczytów i stanowisk. Cóż z tego, kiedy – jak wspomniałem – łaskawy pan nigdy nie kierował się zasadą zdolności, tylko zawsze i wyłącznie zasadą lojalności”. 
Niestety ta zasada jest częścią systemu nauki polskiej i tak zdaje się ma pozostać po wprowadzeniu w życie zasad etycznych. W niemal każdym wystąpieniu na temat etyki właśnie ta zasada jest przywoływana. Odnosi się wrażenie, że cały kodeks wartości został wokół niej zbudowany, stworzony tylko po to aby mieć zasadę lojalności na podorędziu i szachować nią nauczycieli akademickich. Kto nie jest lojalny wobec trzymających władzę w uczelni, nie ma większych szans na utrzymanie się na etacie. Inne wartości są na drugim planie. Nie mają takiej użytkowej wartości. 

Etyka mierzona kilometrami 

Senat UJ w ramach wcielania w życie zasad AKW ogłosił walkę z wieloetatowością. Słyszymy, że ci, którzy pracują na kilku etatach zatracili poczucie przyzwoitości. Argument słuszny i zasadny w aspekcie dobra publicznego. Mamy bezrobocie, miliony ludzi bez etatów, a na uczelniach więcej etatów niż ludzi. 
Niestety te decyzje są złudne. Okazuje się, że nieetyczni są tylko ci, którzy wykładają na wielu uczelniach położonych w granicach miasta Krakowa, w odległości co najwyżej kilku kilometrów od serca Alma Mater. Kto wykłada w odległości 50, 100 czy 500 km ma poziom etyczny wystarczający do bycia „metrem z Sevres” w środowisku akademickim. 
Mamy zatem nowy system etyczny. Wreszcie znaleziono długo poszukiwany sposób pomiaru poziomu etycznego w populacji Homo sapiens academicus. Poziom ten mierzy się obecnie w kilometrach!!! I co na to nasi filozofowie-etycy, których dotychczasowe dysertacje nadają się tylko do kosza. Na razie jest w tej materii cicho, zapewne filozofowie mają na względzie zasadę lojalności. 
Walkę z wieloetatowością w pierwszym porywie poparł tez Rektor AGH, który jednak po zreflektowaniu się, że przecież sam jest wieloetatowcem, podobnie jak bardzo wielu jego elektorów, zmienił zdanie i w objaśnieniu do Akademickiego Kodeksu Etycznego AGH stwierdzał: „Po pierwsze nie koncentrujemy się w nim na modnym problemie wieloetatowości, mniemamy bowiem, iż można etycznie pracować na więcej niż jednym etacie” . Czy to mniemanie jest zasadne? Obserwując spadający poziom absolwentów AGH mniemać można, że nie. 

Czy kodeksy mają wpływ na etykę? 

Szósta zasada Akademickiego Kodeksu Etycznego AGH głosi:„Unikać rzeczywistych lub potencjalnych konfliktów interesów i działań wymierzonych w powagę i autorytet Uczelni” natomiast w Gazecie Wyborczej nie tak dawno pisano, że podjęto działania w kierunku obdarzenia prezydenta Kazachstanu doktoratem h.c. Prezydent Kazachstanu to człowiek majętny, trzymający władzę, wraz z całą rodziną, nad tym wielkim państwem i jego zasobami węglowodorów. Dobrze jest z takim trzymać i robić interes, ale czy to nie byłby interes „spod latarni”? Czy powaga i autorytet uczelni nie zostałyby wystawione na szwank? Dobrze, że te działania zostały ujawnione przez prasę, której jednak rektor AGH groził procesem. Dziewiąty i ostatni punkt kodeksu etycznego AGH mówi: „Sprzeciwiać się każdej formie patologii życia akademickiego i społecznego” , ale jak widać w praktyce, jak ktoś ujawni patologię, to musi się liczyć z procesem!!! 
Poszczególne uczelnie tworzą odrębne kodeksy etyczne dostosowane do interesów uczelni. Na ogół żadnych konsekwencji w stosunku do łamiących zasady nie zamierza się jednak wyciągać, bo traktowanie na serio kodeksów etycznych dotknęłoby także trzymających władzę w uczelniach. Rektorzy oczywiście w mediach apelują o zasady etyczne, ale na ogół pozostają głusi na swe apele. 

O praktyce tylko teoretycznie 

Jakieś dziesięć lat temu głośno było o „Dobrych Obyczajach w Nauce” stanowiących kontynuację wcześniejszego „Kodeksu Etycznego pracownika nauki”. Autorzy „obyczajów” narzekali, że nikogo to nie obchodzi, że nikt nie chce dyskutować o etyce. Tak jednak nie było. Próbowałem ich zainteresować problemami etycznymi, łamaniem dobrych obyczajów w nauce. Ale nadaremnie. Napisałem zatem tekst o tym jak dobre obyczaje w nauce wyglądają w założeniach, a jak jest w praktyce. Chciałem tym tekstem zainteresować jedną z redakcji, aby spowodować dyskusję, choćby w Internecie. Tekst uznano za godny uwagi, ale zostałem zobligowany do napisania o praktyce teoretycznie, bez wskazywania konkretnych przykładów. Poczułem się jak nauczyciel ze znanego spektaklu „Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna” , który na polecenie organizacji partyjnej miał przerobić Hamleta tak, aby go mogli grać wieśniacy. Niestety nie byłem w stanie napisać teoretycznie o praktyce i kontakt z redakcją się urwał. 
Utworzono tymczasem przy KBN komisję etyczną, która miała mieć większą moc sprawczą. Komisja ta wydała kilka oświadczeń, po czym zamilkła. Ostatni jej głos dotyczył nieetycznych kwestii prowadzenia prac magisterskich przez „jedynie doktorów”. Okazało się, że nasza etyka jest swoista, inna niż w innych częściach globu, gdzie „jedynie doktorzy” otrzymują nawet nagrody Nobla, a nikt tego etycznie nie napiętnuje. Nasza etyka nie jest uniwersalna, ale uzależniona od tytułów i stanowisk, no i nie zapominajmy – od kilometrów! 

Józef Wieczorek 

Autor jest inicjatorem Niezależnego Stowarzyszenia na Rzecz Nauki i Edukacji. 

Tekst nie mógł się ukazać w Forum Akademickim a także w Tygodniku Powszechnym. Ukazał się na papierze w Miesięczniku Społeczności Akademickiej – Uniwersytet Zielonogórski, październik 2004, a w internecie w serwisie Nauka w Polsce. Tekst nie zainteresował tworców kodeksów etycznych, do których został rozesłany. Materiał ten zainteresowal natomiast redakcję Polskiego Radia Pr. 1 (do której nie został przesłany) która przeprowadziła rozmowę z autorem tekstu w Sygnałach Dnia 

http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=4