Profesorowie i decydenci

Profesorowie i decydenci

Pozycja zagraniczna Cezarego Wójcika, autora artykułu „Rozwiązać PAN”, świadczy niewątpliwie o jego poziomie – jak trafnie zauważył autor tekstu „Profesorowie i decydenci” („P” nr 50), ale fakt, że polscy naukowcy na poziomie muszą pracować za granicą, nie świadczy dobrze o sytuacji nauki w Polsce. Niestety, to bardzo częsty przypadek, że dla naukowców na poziomie nie ma u nas miejsca. Ci, którzy zdobyli pozycję za granicą, nie mają ochoty wracać, zresztą nie mają do czego. Jeśli napiszą coś prawdziwego o nauce w Polsce, są elementem niepożądanym, podobnie zreszta jak ci, którzy z Polski nie wyjechali. Niektórym nawet zamierza się odbierać doktoraty, wcześniej wyróżniane. Treść doktoratu pozostaje niezmieniona, ale zmienia się jego ocena, jeśli tylko ktoś staje się niewygodny. Tak wyglada system oceny polskich naukowców, który nie jest systemem opartym na kryteriach merytorycznych. Opisany ostatnio w „National Geographic” przypadek zesłańca syberyjskiego Bronisława Piłsudskiego (brata marszałka) najlepiej świadczy, że już dawniej łatwiej było naukowcom przetrwać na syberyjskim zesłaniu niż w środowisku nauki polskiej. Niestety, nie widać zmian na lepsze. Celem nauki polskiej jest bowiem zdobywanie tytułów, natomiast celem nauki sensu stricto jest poznawanie prawdy. Jesli tego się nie zmieni, nic się nie zmieni. W Polsce pozostaną jedynie posiadacze wielu tytułów, za co uczelnie będą dostawać wiele punktów akredytacyjnych, gdy za granicami będą poszukiwać miejsca uczeni o dobrym poziomie jak Cezary Wójcik. Nie jest to dobra prognoza na przyszłosć.


Józef Wieczorek, Kraków

Tygodnik PRZEGLAD nr. 52/1 ,4 stycznia 2004 r. s.98

Cała jaskrawość, czyli o metodach badań w KBN

Cała jaskrawość, czyli o metodach badań w KBN 

 

  W 11 numerze Forum Akademickiego ukazały się dwa teksty, których nie można pozostawić bez komentarza. Przede wszystkim rozmowa  Piotra Kieracińskiego z Małgorzatą Kozłowską –  podsekretarzem stanu w Komitecie Badań Naukowych, w której pani podsekretarz „udowadnia”, że w konkursach na projekty badawcze wygrywają najlepsi. Jednocześnie pani podsekretarz stanowczo odpiera zarzuty jakoby granty dostawali głównie zespoły członków komisji i sekcji KBN. Zgodnie z  wypowiedzią pani podsekretarz te zarzuty nie znajdują potwierdzenia w faktach, na co mają wskazywać badania w tej kwestii prowadzone przez KBN. Niestety autorka wypowiedzi nie precyzuje bliżej zastosowanej metodyki tych badań, które doprowadziły ją do tak rażąco odmiennych wniosków, sprzecznych z faktami publikowanymi na łamach czasopism naukowych. Nie podaje też wielkości i źródeł  finansowania tych badań co pozwala raczej przypuszczać, że były one sfinansowane przez KBN. Tymczasem moje, niezależnie prowadzone badania wskazują na wyraźną zależność między składem  komisji a zwycięzcami konkursów na projekty badawcze. Moje badania, prowadzone bez finansowania z budżetu państwa,  polegały na prostym porównaniu nazwisk członków komisji oraz nazwisk zwycięzców konkursów, na przykładzie najlepiej mi znanych nauk geologicznych. Korelacja jest zadziwiająca jakkolwiek trzeba przyznać, że wyraźnie  się zmniejszyła po moim bojkocie wyborów do KBN w 1994 r., którego przyczyny uzasadniłem pisemnie. Tym niemniej, wniosek pani podsekretarz, że wygrywają najlepsi nie jest uzasadniony i pozostaje w rażącej sprzeczności z rzeczywistym stanem rzeczy.  Niestety zespoły oceniające projekty często nie są kompetentne do oceny nadsyłanych projektów co jednoznacznie wynika z przedstawianych uzasadnień o ich odrzucaniu. Niekiedy opinie o przedstawianych projektach są tak absurdalne,  że uzasadnione jest wyrażanie wątpliwości o zdolności rozumienia słowa pisanego przez członków komisji. Zdaniem najwyższych władz KBN jednak te opinie są obowiązujące i ich podważanie jest nieuzasadnione  Te poglądy nawiązują jednoznacznie  do okresu panowania Łysenki, który jak się wydaje znajduje godnych   kontynuatorów. Należy tu nadmienić, że do rzekomo demokratycznych wyborów do KBN nie są dopuszczani pracownicy nauki o odmiennych  od oficjalnych poglądach. Np. w tym roku odbywają się wybory do KBN, ale ja, jako osoba która otwarcie krytykowała poczynania KBN, karty wyborczej nie otrzymałem. Można się spodziewać, że po odsunięciu od wyborów niewygodnych pracowników nauki, znowu wygrają tzw. najlepsi z najlepszych, tzn. tacy, którzy nie podważają oficjalnych poglądów KBN organizującego „demokratyczne” wybory. Podobne „demokratyczne” metody są mi bardzo dobrze znane z innych instytucji  finansowanych przez KBN. Skutki posiadania odmiennych opinii  są łatwe do przewidzenia.

Drugi tekst  napisany „pół żartem, pół serio” przez Romana Kuliszana  dotyczy zjawiska  tzw. turystyki naukowej, częściowo odzwierciedlającego obecną sytuację w polskiej nauce. Niestety w tekście tym ani słowa o reprezentowaniu polskiej „nauki” na forum międzynarodowym  przez  pracowników nienaukowych, którzy żadnej działalności naukowej nie prowadzą. Ich udział nie budzi żadnych zastrzeżeń KBN finansującego współpracę zagraniczną,  natomiast propozycje wyjazdów zagranicznych niewygodnych pracowników naukowych są odrzucane a priori, tym bardziej jeśli ich aktywny udział jest aprobowany i częściowo opłacany przez organizatorów kongresów. Na takie wyjazdy KBN nie ma pieniędzy. Fakty jednoznacznie mówią  o przejawach dyskryminacji pracowników nauki w oficjalnej współpracy zagranicznej finansowanej przez KBN.                                                                                                 

Z poważaniem. 

Józef Wieczorek, Kraków, 6.01.1997 r.   

UWAGA:  Tekst po ocenzurowaniu ukazał się na łamach Forum Akademickiego.

Pani Małgorzata Kozłowska –  b. podsekretarz stanu w Komitecie Badań Naukowych, do dnia dzisiejszego  nie sprecyzowała zastosowanej metodyki badań, które doprowadziły ją do wniosku,  że w konkursach na projekty badawcze wygrywają najlepsi.

Królowie nauki

Królowie nauki  

Autor artykułu „Królowie nauki” (nr 14) pisze, że w USA średni czas pracy naukowca wynosi 57 godzin tygodniowo. Kiedy byłem zatrudniony w placówce PAN, pracę naukową prowadziłem głównie w konspiracji, w czasie weekendów i urlopów. Na co dzień pracownicy zobowiązani byli do działalności paranaukowej, stanowiącej podkładkę do rozliczeń z KBN, a osobnik, u którego wykryto zainteresowania naukowe, był dyskwalifikowany.
W polskich placówkach badawczych czy na uczelniach zatrudnienie Einsteina nie tylko byłoby bezcelowe, ale i niemożliwe. Etaty zajmowane są w drodze tzw. otwartych konkursów, które winny być jednak określane „przewodami do obsadzenia stanowiska przez wyselekcjonowanego kolegę czy członka rodziny zatrudnionej już w takiej jednostce”. Tak się odbywa rekrutacja na uczonych nauki polskiej, w Polsce zatem uczeni żyją na próżno, bo nie są użyteczni.

JÓZEF WIECZOREK
Kraków

(Tekst opublikowany w numerze 25 WPROST (2002)

Pełny tekst przesłany do WPROST (2002)

W USA średni czas pracy naukowca wynosi 57 godzin tygodniowo. Ile u nas, nie wiemy, ale w wielu placówkach finansowanych z kieszeni podatnika przez KBN pracownik pracuje naukowo zapewne nie więcej 5-7 godzin tygodniowo, ale i to może być zawyżona ocena. Kiedy okresowo byłem zatrudniony w placówce PAN, której utworzenie określano mianem ‚strzału w dziesiątkę’ pracę naukową prowadziłem głównie w konspiracji (były to lata 90-te ubiegłego wieku), w czasie weekendów i urlopów. Na co dzień pracownicy zobowiązani byli do działalności paranaukowej (bez żadnej, lub prawie żadnej wartości) stanowiącej podkładkę do rozliczeń z KBN, a osobnik u którego wykryto zainteresowania naukowe był dyskwalifikowany. Nie wiem czy informacja ‚pseudonaukowe instytucje mają się dobrze, pożerając połowę mizernego budżetu przeznaczonego na naukę’ dotyczy tego instytutu, bo zapewne jest ich więcej w Polsce. W polskich placówkach badawczych czy uczelniach zatrudnienie Einsteina nie tylko byłoby bezcelowe, ale i niemożliwe. W takich placówkach etaty zajmowane są na drodze otwartych konkursów ( tak się to nazywa), które zwykle winny być jednak uczciwie określane ‚przewodami do obsadzenia stanowiska przez wyselekcjonowanego kolegę czy często członka rodziny zatrudnionej już w takiej jednostce ‚naukowej’. Oceny merytoryczne czy parametryczne nie mają tu znaczenia. Na etapie ‚konkursów’ tego się nie bierze pod uwagę! Tak się odbywa rekrutacja na uczonych nauki polskiej, więc w Polsce uczeni żyją na próżno, bo nie są użyteczni.

NIK w szkołach wyższych – polemika

NIK w szkołach wyższych – polemika

Krzysztof Królas w artykule NIK w szkołach wyższych – (Rzeczpospolita 13.08.2002) krytykuje raport NIK-u, („Informacja o wynikach kontroli odpłatności za studia w państwowych szkołach wyższych” (Nr ewid. 163/2002) Skrót prasowy, który „napisany jest bez zrozumienia procesów zachodzących w uczelniach”, a autorzy raportu „nie chcą przyjąć do wiadomości informacji płynących z samych uczelni”.

Jako czytelnik artykulu K. Królasa nie mam jednak pewności, czy autor tego artykułu te procesy rozumie, i czy pozostaje w zgodności z informacjami płynącymi z uczelni. Autor m. in. pisze „Od początku lat dziewięćdziesiątych szybko wzrasta efektywność wyższych uczelni państwowych” i dalej „Efektywność zwiększana jest nie przez zmniejszenie zatrudnienia, lecz dzięki zwiększeniu liczby studentów”. Tym samym autor stara sie chyba wykazać, że miarą efektywności nauczania w uczelniach jest ilość wydanych przez uczelnie dyplomów. Nie dam się nabrać na taką argumentację. Nie wierzę w przechodzenie ilości w jakość, a stosowanie takich pomiarów efektywności uczelni nie najlepiej świadczy o poziomie zarządzających uczelniami. No cóż, jak sami często argumentują, najlepsi z uczelni odchodzą, więc u tych, którzy pozostają można spodziewać się trudności w logicznym myśleniu.

NIK niestety wykazał, że „We wszystkich kontrolowanych uczelniach rozwój ilościowy i jakościowy kadry nauczycieli nie nadążał za wzrostem liczby studentów”, co jest zgodne z odczuciem sporej części społeczeństwa nauczanego, jak i uczącego, o czym można się przekonać studiując polemiki w mediach i np. na forach dyskusyjnych. Ale K. Królas replikuje „To, co dla wladz uczelni jest powodem do dumy, jest naganne w oczach kontrolerów”. Dlaczego nienadążanie rozwoju jakościowego kadry nauczycieli za wzrostem studentów ma być powodem do dumy władz uczelni, tego K. Królas nie podaje. Ja bym z tego nie był dumny. Wręcz przeciwnie.

Rektor AGH przynajmniej się czerwienił po przeczytaniu raportu NIK. Nie wiedział jaką uczelnią kieruje! No cóż, zajmował się ostatnio budową pomnika swojej żony na swojej uczelni i propagowaniem budowy gondoli, która by studentów z akademików wprost na sale wykładowe dowoziła. Na takie projekty nie stać biedne uczelnie zachodnie. Co innego u nas. Bieda naszych uczelni i naszych uczonych jest inna. Ma ona przede wszystkim wymiar moralny.

Raport NIK, wbrew twierdzeniom K. Królasa, zdaje się być oparty na informacjach płynących z uczelni. To przecież Senat UJ na posiedzeniu w dniu 24 maja 2000r. ogłosił apel, w którym czytamy: „doszło do niebezpiecznego osłabienia tempa pracy naukowej oraz rozwoju zwłaszcza młodszej kadry naukowej, do obniżenia poziomu nauczania w szkołach wyższych, do nadszarpnięcia więzi kadry nauczającej ze studiującą młodzieżą”. Generalnie jest to zgodne z raportem NIK, który chyba ze zrozumieniem zapoznał się z pismami władz uczelni reprezentowanej przez prorektora UJ – K. Królasa. W artykule K. Królas jednak nie podaje, że jako autor nie zgadza się z apelem senatu, który jako prorektor chyba akceptował. Dlaczego władze uczelni w całości odrzucają raport NIK, który przynajmniej w części jest zgodny z tym, co uczelnie głoszą?

Faktem jest, że uczelnie upatrują jedynie przyczyn finansowych w obniżeniu jakości nauczania zatajając rzeczywiste przyczyny. Istotne znaczenie odegrała tu redukcja kreatywnej kadry nauczającej w związku ze stosowaniem „prawa” stanu wojennego dla wyeliminowania jednostek zbyt aktywnych naukowo, cieszących się zbyt dużym poważaniem wśród młodzieży akademickiej, zbyt otwarcie mówiących o patologii uczelni. Po usunięciu niewygodnych nauczycieli w okresie stalinowskim, nauczyciele na ogół wracali na uczelnie po kilku latach, po usunięciu niewygodnych nauczycieli w okresie jaruzelskim, uczelnie nadal są zamknięte dla dysydentów, mimo upływu kilkunastu już lat. To daje wyobrażenie o skali problemu. Papież nawołuje „Nie lękajcie się”, rektorzy wiwatują, ale nie lękających się uważają za element niepożądany na swoich uczelniach. Widać, że się ich lękają.

Uczelnie pozostały skansenami nie do końca upadłego systemu komunistycznego i bronią się przed zmianami systemowymi domagając się tylko jak największych dotacji z kieszeni podatnika na swoje funkcjonowanie. Opracowując zmiany ustawy o szkolnictwie wyższym unikają jak ognia wprowadzenia elementów systemu amerykańskiego argumentując, że nie przystaje on do naszych warunków. Poniekąd to prawda. Tam na jeden etat w uczelni jest i po 100 kandydatów, a u nas zwykle tylko jeden. Nie ma z czego wybierać. Rzekomo! Pomija się bowiem fakt, że u nas jest to kandydat już z góry upatrzony – swój człowiek, często krewny, a zmienne kryteria konkursów są dostosowywane do poziomu kandydata, który ma go wygrać. Jeśli ktoś reprezentuje poziom wyższy, to nie spełnia (gorzej spełnia) on warunków konkursu!!! Jest co najwyzej najlepszy abstrakcyjnie, najlepsi konkretnie są sami swoi, bez względu na kwalifikacje i dorobek. Tak wygląda rekrutacja kadr nauczycieli na wyższych uczelniach. Genetyczno-towarzyskie kryteria w polityce kadrowej uczelni, niezgodne zresztą z Konstytucją III RP i elementarnymi prawami człowieka, świadczą o ciężkiej chorobie systemu szkolnictwa wyższego w Polsce. Ta choroba jest poza nadzorem MEN.

Autor pisze , że „Pouczające może być porównanie polskich uczelni z uczelniami w zachodniej Europie”. Trudno się z tym nie zgodzić. Niestety nie ma jakościowych porównań między takimi uczelniami. A szkoda. Opracowanie rankingu uczelni europejskich w oparciu o mierzalne i zasadne kryteria byłoby bardzo pożądane.

Niestety mamy jedynie rankingi polskich szkół, a i te niewiele mówią o ich jakości. Często oparte są na danych wziętych „z sufitu”, albo na danych świadczących nie o jakości nauczania, czy o jakości badań, ale o poziomie marnotrawstwa publicznych pieniędzy (np. stosowane w rankingach kryterium ilości otrzymanych przez uczelnie grantów bez uwzględnienia ich efektów). KBN nie prowadzi nawet wykazu publikacji, które winny powstać w ramach realizacji grantów!!! i nic sobie nie robi z krytycznej kontroli NIK. Ani arcydzieła „najlepszych z najlepszych” ani nawet lakoniczne informacje o tych arcydziełach nie są dostepne dla społeczeństwa).

Uczelnie nic sobie nie robią z raportów NIK. Stosują zasadę „Jeśli fakty są inne, tym gorzej dla faktów” i odwracają kota ogonem (patrz podtytuł w artykule – Tym gorzej dla faktów). Niestety uczelnie przypominają orwellowskie Ministerstwo Prawdy, w którym wartości mają odwrócony znak. Rektorzy mówią o poszukiwaniu prawdy, ale za próby poznania prawdy o uczelniach wyrzucają pracowników i studentów. W ramach „poszukiwania prawdy” czyszczą niewygodne akta, uzupełniają je nowymi tekstami, wydają niezgodne z prawdą historie swoich jednostek (np. Uniwersytet Jagielloński z okazji 600-lecia swojego odnowienia), nie dopuszczają do publikacji tekstów weryfikujących fakty, podważających oficjalne opinie.

Jednym z głównych celów edukacji jest rozwinięcie poczucia własnej wartości u nauczanych. Ale w naszych uczelniach posiadanie rozwiniętego poczucia własnej wartości jest cechą nie do zaakceptowania. Polityka kadrowa uczelni nie przewiduje zatrudniania takich jednostek, również polityka kadrowa autora artykułu – K. Królasa – prorektora UJ ds. polityki kadrowej i finansowej. Niestety raport NIK o tym nie mówi. Dotyczy jedynie wycinka działalności uczelni, stąd musi budzić niedosyt. Należałoby oczekiwać w najbliższym czasie raportów NIK o innych patologicznych zjawiskach w uczelniach, a w szczególności: o polityce kadrowej, o fikcji edukacyjnej i także badawczej uprawianej w uczelniach (również w tych z samych szczytów naszych rankingów), o wieloetatowości i bezetatowości!!! nauczycieli akademickich, o dostępie do informacji na uczelniach.

Raporty w większym stopniu winny nadawać się nie tylko do wykorzystania przez zarządzających uczelniami, ale winny także stanowić podstawę do zmian prawnych, które by patologie uczelni ograniczały.

Józef Wieczorek


Część tego tekstu (ok. 1/3) ukazała się w Rzeczpospolitej 2002.10.01 po miesięcznych pertraktacjach z Redakcją oraz odwoływaniu się do kodeksu etycznego.


P.S. Krzystof Królas nie jest już prorektorem UJ i na całe szczęście dłużej go nie reprezentuje. Jako prorektor nie należał do korporacji nauczanych i nauczających poszukujących prawdy, którą stanowi uniwersytet. Niestety ta definicja uniwersytetu nie jest już umieszczona w nowym zmienionym Statucie UJ. 

Polska moralność

Polska moralność


Moje doświadczenia potwierdzają spostrzeżenie, że hipokryzja i podwójna moralność to zasady działania polskich elit politycznych („Polska moralność”, nr 7 <a href=”http://www.wprost.pl/ar/?O=39233„>czytaj</a>). Ten problem dotyczy także naszych elit akademickich (uczonych, nauczycieli akademickich). Różnice są jednak widoczne. Politycy mają tylko immunitet okresowy, podczas gdy uczeni mają immunitet dożywotni. Ponadto o hipokryzji i nikczemnych poczynaniach polityków wcześniej czy później gdzieś (np. we „Wprost”) można napisać, o hipokryzji i nikczemnych poczynaniach elit akademickich wydrukowanie czegokolwiek jest na ogół niemożliwe. Politycy nie cieszą się także poważaniem wśród społeczeństwa, więc ich negatywne oddziaływanie na społeczeństwo jest mniejsze od negatywnego oddziaływania uczonych, którzy cieszą się niekiedy nieuzasadnionym autorytetem.
Z moich obserwacji wynika, że to właśnie uczelnie ze względu na swoją edukacyjną rolę i zasięg oddziaływania maja decydujacą rolę w kształtowaniu się podwójnej moralności wśród polskich elit.


JÓZEF WIECZOREK
Kraków

Tygodnik „Wprost”, Nr 1056 (23 lutego 2003)

Finanse i prawda

Finanse i prawda

Dyskusja po tekście prof. Andrzej Białasa „Manifest fundamentalisty” opublikowanym w Dzienniku Polskim

Chwała szanownej redakcji i panu profesorowi za ten manifest i zachętę do dyskusji. Jest ona bardzo potrzebna w okresie, gdy na wydatki na naukę przeznacza się znikome pieniądze, a przy tym w niemałym stopniu są to wydatki niekontrolowane. To, co jest księgowane po stronie wydatków na naukę, niekoniecznie dobrze jej służy.

Na ogół społeczeństwo orientuje się, że istnieje taka instytucja jak KBN (Komitet Badań Naukowych), która rozdziela pieniądze na naukę, organizując m.in. konkursy na projekty badawcze. Są to pieniądze z kieszeni podatnika. Niewielu jednak – nawet tych „robiących” w nauce – orientuje się, że brak jest solidnej bazy danych o rezultatach tych projektów i jakoś taka baza od lat powstać nie może. W gruncie rzeczy niewielu się tym interesuje, z czego można wnioskować, że badania, które są finansowane z kiepskiego budżetu, tak naprawdę niemal nikogo nie interesują. Może prawdy w tych badaniach nie ma co szukać? Więc po co je finansować? Na to powinni odpowiedzieć decydenci.

Skoro budżet na naukę jest kiepski, to powinno się finansować takie badania, które nie będą utajniane i którymi będą się interesować inne osoby poszukujące prawdy. Żeby zakończyć takie spekulacje, należy badania finansowane z kieszeni podatnika ujawnić i poddawać pod merytoryczną krytykę. Nauka tam się kończy, gdzie kończy się możliwość krytyki. U nas krytyka merytoryczna na ogół nie jest możliwa, więc pozostaje pytanie – czy to, co się u nas uprawia, to nauka?

Słuszne są postulaty, aby zwiększyć nakłady na naukę, ale jeszcze słuszniejszy byłby postulat, aby zwiększyć efekty finansowanych badań, bo przy obecnym systemie nauki w Polsce zwiększenie nakładów nie zwiększy efektów, lecz zwiększy jedynie marnotrawstwo i tak małych środków finansowych. Żadnych pozytywnych relacji między nakładami na naukę a rezultatami nie da się u nas uchwycić.

Profesor Andrzej Białas słusznie pisze, że podstawowym celem badań naukowych jest bowiem POSZUKIWANIE PRAWDY. Problem w tym, że niewielu to odpowiada. W starszym statucie Uniwersytetu Jagiellońskiego, instytucji, która winna poszukiwać prawdy i nauczać metod jej poszukiwania, była taka definicja Uniwersytetu (cytuję z pamięci) – Uniwersytet to korporacja nauczających i nauczanych wspólnie poszukujących prawdy. Widocznie brzmiało to śmiesznie i staroświecko, skoro ta definicja z nowego statutu szacownej Almae Matris została usunięta. W czasach, kiedy uczelnie zamieniono w korporacje kasujące kasę i dyplomy, ta definicja miała się do rzeczywistości jak pięść do nosa.

„Gruba kreska” w nauce nie powinna być stosowana. Prawda nawet niewygodna winna być poddawana badaniu i upublicznianiu. Jednak rzadko tak jest. Kiedy do Krakowa przyjechali twórcy „Czarnej księgi komunizmu” – Stephane Courtois i Jean-Luis Panne i w Collegium Novum spotkali się ze społecznościš Krakowa, nie było tam ani rządzących społecznością akademicką, ani prześwietnych krakowskich historyków. Ciekawe dlaczego? Czyżby to był problem mało nośny naukowo? Przecież nośnikiem komunizmu były w niemałym stopniu środowiska intelektualne, w tym znakomici uczeni.

Niestety, „Czarna księga komunizmu w nauce i edukacji” jak do tej pory nie ma szans na powstanie. Powstają „księgi jubileuszowe”, „księgi złote”, ale żeby opracować „księgę czarną” i to komunizmu w nauce, to by było już za wiele. Na to pieniędzy publicznych nie przeznaczymy, bo o nas można pisać tylko złotymi, a nie czarnymi zgłoskami. Taki jest stan poszukiwania prawdy w środowiskach akademickich. Można jedynie wyrazić nadzieję, że prezes Polskiej Akademii Umiejętności, stojąc na fundamentach swego manifestu, nie tylko pozwoli, ale będzie wspierał poszukiwanie prawdy, bo bez niej nie ma nauki.

Wcześniej czy później (raczej wcześniej) prawda wyjdzie na jaw – jak pisze prof. A. Białas i miejmy nadzieję, aby wyszła raczej wcześniej. 

JÓZEF WIECZOREK, Kraków 

DZIENNIK POLSKI 19.03.2004

Polemika z tekstem – Kłopotliwa konstytucja

Polemika z tekstem – Kłopotliwa konstytucja   

Rozmowa z prof. ANDRZEJEM ZOLLEM, rzecznikiem praw obywatelskich, byłym przewodniczącym Trybunału Konstytucyjnego (Dziennik Polski 18.01.2006) 

Myślę, że nasza konstytucja jest bardziej kłopotliwa niż to wynika z rozmowy rzecznikiem praw obywatelskich. Żeby nie być gołosłownym dużo kłopotów sprawia np. Art. 70 o bezpłatności nauki w szkołach publicznych, który generuje wiele patologii szkolnictwa wyższego. Ale są też sprawy dotyczące instancji RPO czyli rozmówcy Dziennika. Otóż Art. 209.2. Konstytucji III RP brzmi :Rzecznik Praw Obywatelskich nie może zajmować innego stanowiska, z wyjątkiem stanowiska profesora szkoły wyższej, ani wykonywać innych zajęć zawodowych.’ co jak łatwo przewidzieć rodzi konflikt interesów w przypadku gdy prawa obywatelskie narusza przełożony – rektor uczelni zatrudniającej RPO. Sprawa jest oczywista – RPO winien być niezależny i nie może zajmować innego stanowiska niż stanowisko RPO! A obecny zapis to oczywisty bubel prawny stojący w sprzeczności z pierwszy punktem artykułu 32 konstytucji który mówi: „Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne”.o którym czytamy w rozmowie DP – ‚Czy ten przepis można rozumieć dosłownie? ‚

 

RPO – ‚Tak. Formułuje on zasadę, która jest podstawą państwa praworządnego..’

 

Niestety ta zasada w wyniku zastosowania w praktyce art.209.2 jest naruszana co dokumentują zresztą decyzje RPO odmawiającego rozpatrzenia praw obywatela do równego traktowania przez władze uczelni – przez władze uczelni zatrudniające RPO !!!

Takich sytuacji nie powinno być miejsca, bo niby w jaki sposób RPO może się obronić się przed zarzutem o stronniczość, skoro jest podwładnym jednej ze stron ?

RPO w rozmowie bardzo słusznie twierdzi: ‚W konstytucji należy poprawić również te artykuły, które nie współgrają z prawem Unii Europejskiej,..‚ ale nie twierdzi, że w tym celu należałoby poprawić art. 209.2 Konstytucji RP dotyczący RPO ! Nic nie mówi o tym czy podjął inicjatywę ustawodawczą w celu zmiany tego artykułu mimo sygnałów obywatelskich !

Należy podkreślić, że Europejski Rzecznik Praw Obywatelskich zgodnie z prawem unijnym nie może być zatrudniany na stanowisku profesora uczelni i tak być powinno także w Polsce w odniesieniu do RPO, bo przecież pragnę zauważyć od 1 maja 2004 roku Polska jest też krajem unijnym. Rzecz w tym, że nie do końca .

Józef Wieczorek

P.S,. Oczywiście polemika nie została zamieszczona w Dzienniku Polskim

List do profesora Janusza Tazbira – na trzeźwo

List do profesora Janusza Tazbira – na trzeźwo

(w sprawie uzywania kluczy, na dobre i na zle)

W tekście ‚Wreszcie trzeźwiejemy ‚ ( Tygodnik Przegląd nr 46 18,11.2007) –http://www.przeglad-tygodnik.pl/index.php?site=wywiad&name=273) poruszył Pan wiele interesujących spraw, do których należałoby się odnieść krytycznie, zgodnie z jak najbardziej słusznymi postulatami Pana profesora aby uczyć przede wszystkim krytycyzmu.

Z wielu spraw odniosę się tylko do opinii Pana Profesora „IPN manipuluje historią, a rozliczaniem przeszłości powinny zajmować się uniwersytety’.

Ja historykiem nie jestem, ale historią jako geolog w gruncie rzeczy się zajmuję – co więcej w perspektywie ostatnich 4 miliardów lat, co kontrastuje z okresem czterystu,  czy czterech tysięcy lat jakimi się głównie zajmują historycy. Może to powoduje, że niektóre sprawy widzę inaczej.

Zupełnie nie rozumiem, że Pan jako historyk jest zwolennikiem zamknięcia teczek na lat 50, a jednocześnie zaleca Pan czytanie studentom tekstów źródłowych i zastanawiać się czy tak rzeczywiście mogło być. Nie jest to metodyka badawcza, która by mi trafiała do przekonania. W rekonstrukcjach historii geologicznej Ziemi od czasów Charlesa Lyella posługujemy się zasadą „The present is the key to the past” ( Teraźniejszość jest kluczem do poznania przeszłości) i ta zasada pozwoliła poznać nam setki milionów lat historii Ziemi. Fakt, że często stosowana jest odwrotność tej zasady i poznanie faktów z przeszłości geologicznej ułatwia nam poznanie teraźniejszego stanu Ziemi.

A Pan namawia aby teraźniejszość ostatnich lat zamknąć dla badaczy . To niezrozumiała metodyka. Oczywiście zgodnie z tą metodyką badacze po 50 latach będą mogli się zastanawiać czy tak rzeczywiście mogło być, ale niekoniecznie dowiedzą się jak rzeczywiście było. 50 – letnia luka w dostępie do źródeł może być luką nieodwracalną .

A może by tak skorzystać z metodyki geologicznej ? Teraźniejszości nie zamykamy na klucz, tylko wykorzystujemy ją jako klucz badawczy.

Niestety w historii jest inaczej i ten kto ma klucz do faktów może historią dowolnie manipulować, stąd naukowcy historii  nie traktują jako dziedzine naukowa, tylko raczej polityczną.

Postuluje Pan aby rozliczaniem przeszłości zajmowały się uniwersytety. Chyba tak być powinno, ale jak jest. ?

Same uniwersytety nie chcą się rozliczyć ze swojej przeszłości,  histerycznie reagując na wszelkie zamiary takiego rozliczenia. Wolą teczki zamykać na klucz i pisać historie ku własnej czci i chwale, chowając pod dywany niechwalebne czyny. Tak czynił Wielki Językoznawca i czynią tak jego wielcy uczniowie do dnia dzisiejszego. Smutna to prawda.

Jak niedawną historię badał Pański kolega po fachu – prof. Wyrozumski opisałem w tekściePOWRACAJĄCA FALA ZAKŁAMYWANIA HISTORII http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=141

Co za manipulacja, co za kompromitacja ! A brak dezaprobaty ze strony historyków ! Natomiast aprobata ze strony władz uniwersytetu !

Lepiej jak tą niedawną historią zajmuje się IPN i niech rozliczy uniwersytety z zakłamywania przeszłości. Tak będzie lepiej.

Niedobrze by było aby rozliczanie przeszłości kończyło się tak kompromitującymi działaniami, jak te Pańskiego kolegi po historycznym fachu , bo szkoda by było aby historię całkiem wykluczono ze sfery nauki i ze sfery świadomości społecznej .

Z poważaniem

Józef Wieczorek

P.S.
Przeszłości nie powinno się zamykać na klucz, bo „Kto nie szanuje, i nie ceni swej przeszłości, nie jest godzien szacunku teraźniejszości ani prawa do przyszłości (Józef Piłsudski )

http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=443

2007-11-13

Czy naprawdę ranga i prestiż ?

Józef Wieczorek 

Czy naprawdę ranga i prestiż ? 

Z zainteresowaniem zapoznałem się z rozmową z prof. Januszem Tazbirem, przewodniczącym Centralnej Komisji do spraw Stopni i Tytułów zamieszczoną w Forum Akademickim nr.11, 2006 pod tytułem ‚Ranga i prestiż’.http://www.forumakad.pl/archiwum/2006/11/19_rozmowa_forum.html 

Myślę, że może ona być wyjściem do szerszej debaty na temat ścieżki naukowej i mechanizmów ją kontrolujących. Taką debatę prowadzi od pewnego czasu na swoich stronach Niezależne Forum Akademickie www.nfa.pl , ale jak to bywa z debatami niewygodnymi dla decydentów, nie biorą oni udziału w tej debacie. Skoro ktoś jest zadowolony ze swojego decydenckiego miejsca w systemie nauki na ogół bardzo go sobie ceni i nie zamierza ani go zmieniać, ani nawet na temat możliwości zmiany miejsca dyskutować. Oczywiście najwięcej dyskutują niezadowoleni z obecnego stanu rzeczy, którzy chcą zmian, co jest rzeczą jak najbardziej normalną i znaną z historii ludzkości. 
Niestety jak widać znakomicie z przebiegu dyskusji na NFA zdecydowana większość także tych niezadowolonych nie zamierza się ujawnić bo niemal każdy wie co go za to może spotkać w naszym systemie. Kto ma inną od decydentów‚fizjologię smaku’ raczej nie ma szans na przebicie się w górę, ale raczej jest niemal pewne, że zostanie wtłoczony w dół . A kto by chciał sam sobie taki dół kopać ? To jedynie jednostki poświęcają się dla dobra ogółu biorą na siebie ciężar podejmowania dyskusji z ‚generalicją’ naszej nauki, co skutkuje zwykle działaniami na rzecz kneblowania im ust, dyskredytowania bez możliwości obrony, czy szykanowania i wykluczania z jednomyślnego środowiska. To już są cechy systemu autokratycznego , a nie demokratycznego. Ale taki jest system nauki w Polsce. 
Pan profesor broniąc zasadniczo obecnego status quo nie jest zbyt przekonywający, a szereg argumentów jest co najmniej mocno dyskusyjnych. 
Pan profesor mówi :‚Postulaty zniesienia mechanizmów kontrolujących poziom profesury wydają mi się głęboko niesłuszne. Konieczny jest sprawdzian poziomu kandydata przez gremium fachowców w danej dziedzinie.”. Niestety nie podaje kto takie postulaty podnosi. Np. NFA przygotowało Postulaty zmian w systemie nauki w Polsce http://www.nfa.pl/news.php?id=2486 a bynajmniej nie jest za zniesieniem mechanizmów kontrolujących poziom profesury, i nie tylko profesury, a wręcz przeciwnie. Jest za likwidacją habilitacji i profesur ‚belwederskich’, ale za podwyższeniem wymagań i wprowadzeniem rzeczywistych, obowiązujących w systemie anglosaskim, mechanizmów merytorycznych, które delikatnie mówiąc niedomagają w obecnym systemie kontrolnym. 

Pan profesor zdaje sobie sprawę z wielu patologii polskiego systemu o czym najlepiej świadczy wypowiedź ‚Marny doktor będzie kiepsko kształcił, marny doktor habilitowany nie będzie starał się kształcić dobrych doktorów, ażeby go nie przerośli, a marny profesor nie będzie popierał dobrych habilitacji.’ do której zasadności nie można mieć najmniejszych zastrzeżeń. Tak właśnie u nas jest i stąd mamy tak wiele marnych doktorów bo są kształceni przez marnych profesorów habilitowanych i jak widać ten obecny broniony zażarcie system wcale tej deprecjacji nie był w stanie zapobiec. 
W obecnym systemie dobrzy doktorzy, którzy kształcili dobrych magistrów formując ich na dobrych naukowców niestety nie mają wiele szans, a marni profesorowie, którzy i solidnego magistra nie są w stanie samodzielnie wypromować – mają nie tylko szanse, ale i dożywotnią władzę i utrzymanie przez podatnika. 
Przy zachowaniu obecnego systemu także doktorzy, a nawet niehabilitowani profesorowie np. z Oxfordu, czy Harvarda zdają sobie sprawę, że nie bardzo mają po co wracać do kraju. Bo co ich może czekać na polskich uczelniach ? Ten wstydliwy temat jakoś jest przemilczany na najwyższych szczeblach decydenckich. 
O tym, że Pan profesor znakomicie zdaje sobie sprawę z patologicznych mechanizmów funkcjonujących w naszym systemie świadczy również wypowiedź ‚U nas większość profesorów swoje kariery naukowe, od magistra do profesora, robi w jednej uczelni,’ . Tak właśnie jest i temu CK nie była w stanie zapobiec. Dlaczego ci, którzy ‚ nierzadko publikując większość prac w przysłowiowych już zeszytach naukowych tej uczelni’ stali się profesorami ? Dlaczego CK ich dopuściła do profesury ? 
Nie bez przyczyny to właśnie marni profesorowie boją się radykalnych zmian w systemie nauki bo zdają sobie sprawę, że wprowadzenie ostrych kryteriów merytorycznych może ich wyeliminować z systemu decydenckiego, a także obniża szanse ich rodzin nader często lokowanych na tych samych uczelniach, wydziałach, zakładach pod swoimi skrzydłami, w ramach fikcyjnych, ustawianych ‚konkursów’ na obsadzanie etatów akademickich. 
To jest jedna z głównych przyczyn silnego oporu materii profesorskiej przed gruntownymi zmianami naszego systemu. 
Ustawiacze przetargów gospodarczych, meczów sportowych mają szanse trafić do prokuratury. Ale czy ktoś został pozwany do prokuratury za ustawianie ‚konkursów’ akademickich ? Czy prokuratura byłaby w stanie podołać takiemu zwiększeniu obowiązków? 
Więc funkcjonuje rozwiązanie prostsze. Ustawiacze konkursów do końca życia ‚robią’ za niekwestionowane autorytety moralne i intelektualne, a ci którzy by śmieli ten system zakwestionować, to nieudacznicy, miernoty, frustraci, itp. itd…… (w miejsce kropek można wstawić dowolne inwektywy). 
Zresztą nie tylko krytyka systemu, ale najzwyklejsza w świecie krytyka naukowa u nas bezkarnie nie istnieje, mimo że nauka tam się kończy gdzie kończy się możliwość krytyki naukowej. Ale niestety dopiero tam się zaczyna tzw. nauka polska słusznie wyodrębniona od nauki sensu stricto, tak jak kiedyś w sposób absolutnie zasadny wyodrębniano demokrację socjalistyczną od demokracji sensu stricto . 

Nie za bardzo mogę się zgodzić ze stwierdzeniem ‚ Tak naprawdę to przecież nie państwo decyduje o tym, komu nadać tytuł, lecz środowisko naukowe, a prezydent tylko ten tytuł wręcza. A poza tym, czy to nie nadaje rangi, jeśli właśnie profesorom, sędziom czy generałom nominacje wręcza prezydent?’ 
Lepiej by było rangę profesorów podnieść przez wprowadzenie oceny ich działalności, ich dorobku przez gremia międzynarodowe , gdyż z natury rzeczy nauka jest globalna, a nie krajowa. To prestiż prezydenta może być narażony na szwank przez wręczanie tytułu miernym profesorom uprawiającym naukę tajną (dorobek ‚naukowy’ niejawny !) lub regionalną ( w mediach słyszymy o np. o nauce bydgoskiej czy wrocławskiej itp.) 
Jeśli dobrze pamiętam był też problem z odebraniem plagiatorowi tytułu profesora przez środowisko naukowe, bo nie byłoby to zgodne z prawem. Tytuł może odebrać ten kto go nadaje i zgodnie z prawem może to zrobić dopiero prezydent, i nie wiem czy środowisko może go do tego zmusić jeśli nie będzie chciał ? 
Pan profesor pisze ‚ Bardzo charakterystyczne jest, to wręcz reguła, że za zniesieniem habilitacji są ci, którzy habilitacji nie przeszli ‚. 
Jest to stwierdzenie bardzo nieścisłe. Panie profesorze, za zniesieniem habilitacji jest wielu, którzy przeszli bardzo dobrze habilitację, a mimo to twierdzą, że habilitacja, tak jak i tytuł profesora ‚belwederskiego’ wcale im do szczęścia nie jest potrzebny. Za utrzymaniem obecnego status quo są natomiast często ci, dla których przy wprowadzeniu ostrych kryteriów merytorycznych nie byłoby miejsca w systemie nauki. I wiedzą dlaczego nie chcą takich zmian a postulatorów takich zmian odsądzają od czci i wiary. 
Obecnie często nie ma miejsca w nauce dla tych, którzy zagrażają, jak się mówi – ‚utytłanym’. Żeby nie odnosić się do mitologii lecz do faktów warto zaglądać na www.nfa.pl gdzie można się przekonać jak działa kuchnia akademicka w Polsce. Potrawy z tej kuchni nie zawsze są strawne, a fizjologia smaku niestety często decyduje – być, czy nie być w systemie nauki w Polsce. 
Panie profesorze, jak się mówi źle o tzw. wiecznych doktorach należałoby też wspomnieć o wiecznych profesorach. Rzecz w tym, że wieczny doktor wiele szkód w nauce zrobić nie może czego nie można powiedzieć o wiecznych profesorach m.in. odpowiadających za wieczność ( a także doczesność) doktorów, a szerzej mówiąc za kiepski stan nauki w Polsce. 

Czy nie zauważył Pan, że profesorowie tak narzekający na to, że nie mogą się rzekomo pozbyć marnych doktorów, nie mają najmniejszych problemów z pozbywaniem się doktorów (w konsekwencji wiecznych ) przerastających ich wiedzą i intelektem? Czy to nie jest paradoks ? 

Co do skali grzechów to też nie wiem czy pańskie obserwacje są całkiem trafne. Pisze Pan ‚Obserwujemy taką zależność, iż w uczelniach, które mają silną pozycję i liczną obsadę kadrową, postępowania są bardziej rygorystyczne, a tam, gdzie kadry brakuje, przymyka się czasem oko na różne grzechy’. Niestety i w tzw. silnych uczelniach na grzechy nie tylko przymyka się nader często oko, lecz z reguły grzechy zamiata się pod dywan. i nie zawsze wiadomo co pod nim słychać. Jak już kiedyś sformułowałem ‚Jeśli dywan jest kiepski, stary i wytarty, to słychać niemal wszystko, gdzie się tylko ucho przyłoży. Takie dywany są na ogół w biedniejszych prowincjonalnych uczelniach. Jeśli dywan jest gruby i najlepszej jakości, nie słychać niczego. Takie dywany są na ogół w uczelniach dużych, w miastach królewskich…. Konkluzja detektywa dywanowego 
Skandale tam największe, gdzie najciszej !!!’ 
– 
Co słychać pod dywanem ? http://www.naukowcy.republika.pl/dywan1.html 

Pisze Pan także ‚Najgłośniej zawsze słychać wypowiedzi niezadowolonych i tych, którym się nie powiodło.’ A czy z historii może Pan dać przykłady przeprowadzenia głębokich zmian w jakiejś dziedzinie przez tych, którzy byli zadowoleni ze status quo,. którym jest dobrze i nic innego nie chcę tylko z tego dobrobytu korzystać do końca swego żywota ? 
Twierdzi Pan: ‚Ci, którzy chcą konsekwentnie robić karierę naukową, z reguły się nie wypowiadają, tylko te kariery robią.’ 
Przykłady takich konsekwentnych karier mamy pod dostatkiem, także robionych przez obecnych polityków, którzy cicho siedzą, ustawiają się jak należy i – cała naprzód, aby zdążyć jeszcze przed upadkiem politycznym Potem jak się ma stopnie, tytuły inni mogą im nagwizdać. Oparcie jest. 
Czy nie zastanawiał się Pan dlaczego niektórzy czekają np. z habilitacja, aż się gdzieś dopchają na wysokie stołki ? Czy to nie dziwne, że dopiero wtedy znajdują czas na pracę naukową ? A może o jakieś inne uwarunkowania tu chodzi ? 

Miło mi czytać pański apel ‚Pamiętajmy jednak, że pracownik naukowy powinien być nie tylko wzorem badacza, ale także wzorem człowieka.’ pod którym mogę się podpisać i namówić innych do popisania się. Ja wręcz uważam, że polskie środowisko akademickie charakteryzuje dehumanizacja. To jest porażające co się w tym środowisku dzieje. A wielu wręcz boi się człowieczeństwa, bo mogłoby z tego środowiska wypaść. 
Natomiast stwierdzenie ‚W poprzedniej epoce do awansu potrzebna była tak zwana opinia moralno−polityczna. To, jako przeżytek, wykreślono, ale nie pojawiło się nic innego dotyczącego poziomu etycznego, a powinno.’ nie do końca jest uprawnione. Opinie moralne z poprzedniej epoki nadal obowiązują i są podtrzymywane przynajmniej w tych czołowych uczelniach ( żeby nie być gołosłownym podaję udokumentowany mój przykład – 
http://www.nfa.pl/articles.php?id=304 Heroiczna walka władz UJ o (nie)poznanie prawdy) a walka o o zakłamywanie historii środowiska akademickiego, żeby wejść na podwórko Pana profesora, nadal trwa (np. 
http://www.nfa.pl/articles.php?id=141 
POWRACAJĄCA FALA ZAKŁAMYWANIA HISTORII a biorą w niej udział także członkowie Centralnej Komisji, więc nie można o tym milczeć. 

Józef Wieczorek 

PS. 
Załączam tekst Postulaty zmian w systemie nauki w Polsce w raz z podpisami nadal dodawanymi pod adresemhttp://www.nfa.pl/news.php?id=2486 i zachęcam do merytorycznej dyskusji. Zapewniam Pana, że wszelkie uwagi, w pierwszej kolejności te krytyczne , zamieszczę niezwłocznie na stronie www.nfa.pl. Strona NFA jest otwarta dla tych, którzy są innego zdania co niestety nie jest typowe, a nawet jest całkiem odmienne od tego co się dzieje w polskim systemie nauki. 

2006-12-01

http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=324

Na naukę nie ma pieniędzy

Na naukę nie ma pieniędzy – cz.1 – biblioteczna

To, że na naukę nie ma pieniędzy jest wiedzą powszechnie znaną i powszechnie podkreślaną zarówno w mediach, jak i niemal we wszystkich dyskusjach internetowych. Pieniędzy nie ma i już! i to jest przyczyna naszej mizerii naukowej. Gdyby pieniądze były,  w nauce bylibyśmy potęgą i nie ma co nauki reformować, bo ona nie znosi rewolucji a należy tylko dać uczelniom więcej szmalu a wyniki same przyjdą i Noble się posypią jak z rękawa. Takie są mnie więcej argumenty decydentów nauki polskiej, a tylko nieudacznicy i oszołomy w takie zbawienie nauki w Polsce nie wierzą.

Tym niemniej jako czołowy nieudacznik, któremu nie udało się osiągnąć ( i to z zadowoleniem!) poziomu intelektualnego, ani moralnego czołowych udaczników nauki polskiej, postaram się przedstawić nieco moich spostrzeżeń nad relacjami między nauką polską a środkami płatniczymi polskiego podatnika na nią wydawanymi.

Zacznę od spraw literaturowych, bo jak wiadomo na literaturę naukową nie ma pieniędzy, a bez literatury nie da się nauki uprawiać. Uprawianie nauki polega zresztą na pisaniu literatury naukowej, w której trzeba cytować to co inni w tych okolicach zrobili. Cytowalność prac jest także ważną miarą oceny naukowca. Ponadto trzeba znać literaturę aby wychwycić np. plagiaty w recenzowanych pracach, co tym, co nie czytają przychodzi z trudnością, albo nie przychodzi w ogóle.

Żeby nie zaczynać od historii, której wielu naukowców wręcz nienawidzi, zacznę od teraźniejszości dokumentując moje usiłowania podarowania znamienitej bibliotece, powszechnie znanej Jagiellonce, pokaźną część mojej biblioteki, której żadną miarą nie mogę pomieścić w moim małym mieszkanku, a za barbarzyństwo uważałbym przeznaczenie jej na makulaturę.

Literatura jest światowa, chociaż nie teraźniejsza, tym niemniej winna być niezbędna do prac naukowych, czy seminaryjnych. Prace stratygraficzne czy paleontologiczne, a także regionalne, cytuje się i po dziesiątkach lat. Co więcej jak zauważyłem w końcu ubiegłego wieku, prace z końca wieku bywały czasem gorsze od tych z początku wieku, więc jakby okresowo przynajmniej zaznaczał się w nauce polskiej rozwój wsteczny, mimo wykazywanego rozwoju postępowego w Kongresach Nauki Polskiej i w różnych sprawozdaniach naukowych.

Jak wykazuję poniżej zwróciłem się z koncepcją daru darmowego do Szanownego Dyrektora Prześwietnej Jagiellonki:

——————————————————————-

—– Original Message —–

From: J. Wieczorek 

To: zdzislaw.pietrzyk@uj.edu.pl 

Sent: Wednesday, June 18, 2008 6:10 PM

Subject: dar dla Biblioteki Jagiellońskiej

Dyrektor Biblioteki Jagiellońskiej
prof. dr hab. Zdzisław Pietrzyk

Szanowny Panie Dyrektorze,

Chciałbym przekazać do Biblioteki Jagiellońskiej zbiór nadbitek specjalistycznej  literatury z nauk o Ziemi – geologia ( głównie sedymentologia, tektonika, stratygrafia, geologia regionalna, planetologia), geofizyka, paleontologia.   Zbiór ( nieskatalogowany) liczy kilka tysięcy egzemplarzy prac w różnych językach: głównie angielskim, francuskim, niemieckim, także włoskim, hiszpańskim i w jezykach słowiańskich. Autorami są badacze z całego świata. Prace pochodzą głównie z lat 80-90-tych, mniej jest z lat wcześniejszych ( głównie 70-tych) i późniejszych – po roku 2000. Zbiór ten mógłbym przekazać nieodpłatnie. Literatura ta powiększyłaby zbiory naukowe Biblioteki i mogłaby stanowić pomoc  dla badaczy i studentów. Mam nadzieję, że w trudnej sytuacji finansowej polskich uczelni i kadry akademickiej – o czym słyszymy na codzień – taki dar zostanie przyjęty z zadowoleniem.

Z poważaniem

Józef Wieczorek
—————————————————————————–

Nie otrzymawszy odpowiedzi zaniepokojony sprawę drążyłem, biorąc pod uwagę kiepski stan finansowania nauki polskiej a bibliotek naukowych w szczególności :———————————————————————–

—– Original Message —–

From: J. Wieczorek 

To: zdzislaw.pietrzyk@uj.edu.pl 

Sent: Wednesday, June 25, 2008 7:49 PM

Subject: Re: dar dla Biblioteki Jagiellońskiej

Szanowny Panie Dyrektorze,

Wczoraj rozmawiałem telefonicznie z Pana sekretarką, która  miała Panu przypomnieć o mojej ofercie. Niestety nadal brak odpowiedzi. Ja się z darem nie napraszam, ale sądziłem, że  wobec trudnej sytuacji finansowej nauki polskiej,  każda oferta  daru  specjalistycznej literatury spotka się przynajmniej z  zainteresowaniem. Obecny stan rzeczy raczej sugeruje, że etatowi naukowcy -czym jak czym – ale nauką się nie interesują, co nie jest zjawiskiem mi nieznanym, ale sądziłem, że coś może w końcu drgnie w tej materii. Ile czasu można dezinformować podatników, że z nauką jest kiepsko, bo nie ma pieniędzy m.in. na  zakup  literatury fachowej ? Ja oferuję za darmo !!! mimo, że zdobywanie literury naukowej kosztowało mnie sporo czasu i pieniędzy.  

Jeśli  nie otrzymam żadnej odpowiedzi swoją ofertę przekażę innym,  a trudności z przekazaniem daru upublicznię, bo to jest mój obywatelski obowiązek. 

Z poważaniem

Józef Wieczorek

——————————————————————-

Nie otrzymawszy dalej odpowiedzi, dałem wyraz swojemu nieustającemu zaniepokojeniu proponując osobistą wizytę u Dyrektora, widocznie bardzo zajętemu, jak sądziłem, pozyskiwaniem nowych pozycji dla biblioteki. :————————————————————————–

—– Original Message —–

From: J. Wieczorek 

To: zdzislaw.pietrzyk@uj.edu.pl 

Sent: Friday, June 20, 2008 11:07 AM

Subject: Fw: dar dla Biblioteki Jagiellońskiej

Niestety nie otrzymałem odpowiedzi na złożoną ofertę daru dla Biblioteki.  Więc ją ponawiam. Rozumiem, że nie można decydować ‚ w  ciemno’, ale ja mieszkam w Krakowie i  mogę się umówić na wizytę dla omówienia procedury przekazania daru i  pokazania przykładowych prac naukowych z  oferowanego zbioru.

Józef Wieczorek

30-069 Kraków, ul. Smoluchowskiego 4/1

tel 609 659 124

————————————————————————————————————–

Nadeszła w końcu upragniona odpowiedź o treści jednak tak zdumiewającej, że aby ochłonąć z wrażenia udałem się do wód krynickich, stąd tekst ten piszę z pewnym opóźnieniem.

—————————————————————————

—– Original Message —–

From: „Urszula Dudzik” <urszula.dudzik@uj.edu.pl>

To: <jozef.wieczorek@interia.pl>

Sent: Thursday, June 26, 2008 2:48 PM

Subject: dot.daru dla Biblioteki Jagiellońskiej

> Szanowny Panie,
>
> odpowiadając na Pana pismo z dnia 18.06.2008 r. skierowane do dyr.
> Biblioteki Jagiellońskiej  Z.Pietrzyka, uprzejmie informuję, że nie jesteśmy
> zainteresowani przejęciem zbioru nadbitek, gdyż nie są one w profilu naszych
> zbiorów. Próbowaliśmy zainteresować inne biblioteki Pana propozycją ( B-kę
> Instytutu Nauk Geologicznych UJ oraz B-kę AGH), również nie są
> zainteresowane.
>
> Dziękując za pamięć o naszych zbiorach,
> Łączę wyrazy szacunku
>
> Urszula Dudzik
> Kierownik Oddziału Gromadzenia i Uzupełniania Zbiorów BJ

————————————————————————-

No cóż, jak ktoś jest tak naiwny i sądzi, że specjalistyczna literatura naukowa i to obcojęzyczna jest w profilu polskich bibliotek naukowych, to nich się zdumiewa na swój koszt.

Może gdyby chodziło o Elementarz Falskiego czy Przygody Bolka i Lolka, to by profil był zachowany i zainteresowanie by było, w końcu na NFA (odwiedzanym i przez personel Jagiellonki) padła propozycja powołania Przedszkoli III wieku

(Reforma systemu nauki: Potrzebne przedszkola III wieku, )

https://wobjw.wordpress.com/2010/01/02/reforma-systemu-nauki-potrzebne-przedszkola-iii-wieku/

 to i na zabezpieczenie edukacji byłoby w sam raz. A jeśli chodzi o literaturę obiegu międzynarodowego to niech sobie ‚biega’ poza granicami,  bo przekracza granice nauki polskiej.

Jednakże trzeba przyznać, że władze Jagiellonki poczyniły pewne starania sprawdzające, czy aby profil Biblioteki Instytutu Nauk Geologicznych jest zgodny ze specjalistyczną literaturą geologiczną. Otóż jak się okazuje – nie. Kto to by dziś słyszał aby na geologii czytali prace geologiczne ! By taki jeden w tamtym stuleciu, ale się go pozbyli. bo takie prace dawał studentom i oni się psuli przez to czytanie, więc z tym procederem  rozprawiono się skutecznie.

Nie ma powodów aby do tego wracać skoro już ustalono, że czytanie prac naukowych negatywnie wpływa na młodzież akademicką i może opóźniać wydawanie dyplomów mgr, bo jak się ktoś zaczyta, to mu się może w głowie przewrócić, i nie daj Boże odwiecznej hierarchii akademickiej może nie chcieć respektować.

No i jeszcze jedna, chyba heroiczna próba Jagiellonki zainteresowania literaturą geologiczną AGH – uczelni bądź co bądź stworzonej przez geologów, nadal mieszczących się w budynku A-0 – usytuowanym na froncie tej uczelni, mającej być uczelnią flagową !

Oczywiście – próba nieudana ! Nie tak łatwo zainteresować etatowych ‚geologów’ wynikami badań geologicznych !

Sporo wiem na ten temat od początku mojej publicznej ‚kariery’, kiedy – jeszcze w ubiegłym tysiącleciu – przyjechałem na AGH jako student V roku UW z wykładem o geologii Księżyca i zdumiałem się, że obecni na sali wybitni geolodzy,  znani mi z podręczników – ani be, ani me, ani kukuryku …

To zdumienie nie przeszło mi w trakcie wielu lat kontaktów – już (para)naukowych – z tą (niemal) flagową uczelnią. Ale to już inna historia i gdyby została opisana rzetelnie to żadna biblioteka by jej nie przyjęła a autor nie miałby chyba żadnych szans aby ujść z życiem.

Należy jednak rozważyć, czy na froncie tej uczelni nie należy wywiesić czarnej, żałobnej flagi, bo jak i wiele innych polskich uczelni, na miano uczelni flagowej (pogrzebowej) zasługuje.

2008-07-16 09

http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=548

Na naukę nie ma pieniędzy –

cz.1 – biblioteczna

– cd.  w kontekście rozszerzonym

 

Dopiero co rozpoczęta dyskusja nad częścią pierwszą przyniosła wręcz kapitalne rezultaty i przemyślenia uzupełniające twórczo ostatni rządowy Raport o kapitale intelektualnym Polski  oraz  dostarczające postulatów do Założeń reformy systemu nauki oraz reformy systemu szkolnictwa wyższego Skłania mnie to do uzupełniania początkowego tekstu, gdyż można sądzić, że dalsze komentarze będą równie owocne dla podejmowania decyzji na szczeblu rządowym.

Ze źródeł wiarygodnych doszły mnie informacje, że decydenci Jagiellonki byliby skłonni przyjąć literaturę polską, ale tą zagraniczną to najlepiej by było przekazać – proszę sobie wyobrazić – za granicę !

Jak ktoś jeszcze nie wie czym się różni nauka polska od nauki sensu stricto to winien to sobie uzmysłowić ! Chyba także winien zrozumieć, na czym polega nędza nauki polskiej, będącej w stanie postępującego rozkładu intelektualnego i moralnego.

Zwiększenie w obecnym stanie tzw. „wydatków na naukę ‚ tzn. m.in. aby sfinansować wysyłkę za granicę prac naukowych, które tam za granicami zostały wyprodukowane i zostały ściągane do kraju przez jakichś psujów nauki polskiej i oszołomów negatywnie wpływających na młodzież akademicka, która traciła orientację w swojej edukacji. Zamiast orientować się na produkcję rodzimą, dezorientowana sięgała po owoce popsute, często zakazane !

Pomysł z wyrzuceniem prac naukowych na makulaturę jest może pod względem nakładów finansowych na naukę nieco lepszy niż finansowanie jej wysyłki zagranicznej (ostatnio znaczki poszły w górę !), ale jakże sprzeczny z podjętą walką przeciwko plagiatom na co mają zostać wydane spore pieniądze.

Niech no tylko o takim wyrzucaniu dowie się jakiś student, pójdzie na śmietnik, weźmie jedną czy drugą wyrzuconą pracę, przepisze, przedstawi jako dyplomową i kto dojdzie do wniosku, że to plagiat skoro w bibliotekach nikt nie znajdzie pierwowzoru ?

No może by trzeba pojechać służbowo za granicę i tam spędzić czas na jego poszukiwaniu, ale czemu moherowy podatnik ma za to płacić ?

Skoro takie poglądy głosi etatowy poszukiwacz plagiatów wiadomo przynajmniej o co mu chodzi – ma zapewniony dożywotni etat bo na ściganie plagiatów starszy mu do emerytury, a i co sobie pojeździ przy tym goniąc ‚króliczka’, to sobie pojeździ.

Kiedyś na uczelniach byli tacy uzależnieni co to książki czytali i nakrywali plagiaty nawet kilku zdaniowe. Ale to podważało autorytet profesorów, więc stłukli termometr i gorączki jakiś czas nie było, aż w dobie internetu jednak przyszła i skoczyła mimo wszystko do niemal 42oC.

Kiedy ludzie honoru w obronie społeczeństwa przed zachodnią zarazą wprowadzili stan wojny permanentnej, a na półkach był tylko ocet, zamiast opuścić tak pięknie rozwijający się kraj, podjąłem próbę przeżycia a ponieważ byłem uzależniony od literatury, postanowiłem aby nie było jej mniej, tylko więcej. W końcu lepsze to od octu.

Otóż wymyśliłem aby zamiast płacić za literaturę – mieć ją za niemal darmo Do tego służyło czasopismo naukowe ( Rocznik PTG), które po rozesłaniu po świecie powodowało, że inni też swoje czasopisma za cenę znaczka pocztowego przesyłali do biblioteki towarzystwa. Ten proceder już trwał wcześniej i prowadził do rozwoju biblioteki, ale chodziło o to, aby rozwój był postępowy a nie wsteczny, który wówczas się zaznaczał.

Ponieważ nie wszystkie ośrodki zagraniczne wydają swoje czasopisma, ale mają takie zespoły co drukują prace w najlepszych, bardzo kosztownych czasopismach światowych, wymyśliłem żeby wymieniać nasze czasopismo na odbitki prac z danego znakomitego ośrodka naukowego. Tym sposobem i tak można było dotrzeć do najlepszej literatury, wydając jak najmniej to było możliwe.

Oczywiście i sam na swoje konto, za moje prace, a nawet bez prac, taką wymianę prowadziłem, co doprowadziło do tego, że miałem jedną z największych bibliotek geologicznych Krakowa, obfitującą w znakomite także prace ( które mam teraz wyrzucać na makulaturę, bo nie ma już takich co by czytali ! – tak UJ kwitnie !).

Oczywiście prace te służyły także dla dyplomantów, do seminariów, a proszę sobie wyobrazić, że  studenci byli zmuszani (przeze mnie, znanego jako kat Sulla) referować prace z literatury obcej ! A ta najlepsza, była najlepiej dostępna w ‚nadbitkach’ !

Aby zrealizować swój niecny plan rozwoju postępowego, zdeterminowany przez wiele dni siedziałem w bibliotekach, aby zebrać dane o różnych czasopismach i ośrodkach, aby zwiększyć wymianę rocznika geologicznego, którego zresztą byłem redaktorem.

Siłą rzeczy na wzrost wymiennictwa/czytelnictwa zagranicznego potrzebna była zgoda zarządu towarzystwa. Jak ten zarząd tylko zobaczył co ja proponuje, to zamiast dać mi polecenie rozwijać wymianę, aby ogół mógł się też rozwijać, ten wpadł w popłoch przed tak (nie)planowanym rozwojem i wyznaczył komisje aby coś z tym fantem zrobić. Komisarz odetchnął z ulgą zauważywszy, że nie wszystkie adresy są kompletne, tu brak numeru ulicy, tu brak kropki, tu przecinka i rzecz jasna sprawa została storpedowana. Tak uratowano bibliotekę i wielu adeptów geologii przed nadmiernym rozwojem postępowym kierując ich na drogę rozwoju wstecznego.

Oczywiście był to dla mnie gwóźdź do trumny towarzyskiej, bo jak zaproponowałem aby jednak się rozwijać do przodu ( a był to początek okresu transformacji) i dokonać zmian systemowych w towarzystwie, nastąpiła nocna zmiana – zostałem wyrejestrowany zaocznie z towarzystwa,  po wybraniu demokratycznym ! na Zjazd ! a skutki opłacane przez moherowego podatnika i akceptowane przez autorytety merdialne trwają do dnia dzisiejszego.

Wniosek z tego jest taki : Jeśli ktoś nie rozumie – skoro na naukę nie ma pieniędzy, to literatury nie można mieć za niemal darmo, tylko trzeba na to wydać duże pieniądze – to sam sobie winien. Takich w nauce polskiej nie potrzeba !

++++++++++++++++++++++++++++++++

P.S.

Niniejszym dokumentuję  moją dalszą heroiczną walkę o przekazanie daru darmowego w celu uratowania nauki polskiej przed całkowitym upadkiem i niechybną śmiercią głodową z powodu braku pieniędzy

—– Original Message —–

Sent: Monday, July 14, 2008 3:15 PM
Subject: dar dla Biblioteki
Dyrektor: dr Karolina Grodziska
Biblioteka Naukowa
Polskiej Akademii Umiejętności
i Polskiej Akademii Nauk
w Krakowie
Szanowna Pani Dyrektor,
Chciałbym przekazać do Biblioteki Naukowej Polskiej Akademii Umiejętności   i Polskiej Akademii Nauk w Krakowie  zbiór nadbitek specjalistycznej  literatury z nauk o Ziemi  i nauk biologicznych  ( paleontologia).   Zbiór ( nieskatalogowany) liczy kilka tysięcy egzemplarzy prac w różnych językach: głównie angielskim, francuskim, niemieckim, także włoskim, hiszpańskim i w jezykach słowiańskich. Autorami są badacze z całego świata. Prace pochodzą głównie z lat 80-90-tych, mniej jest z lat wcześniejszych (głównie 70-tych) i późniejszych – po roku 2000. Zbiór ten mógłbym przekazać nieodpłatnie.
Literatura ta powiększyłaby zbiory naukowe Biblioteki i mogłaby stanowić pomoc  dla badaczy, a także studentów. Mam nadzieję, że w trudnej sytuacji finansowej nauki  taki dar zostanie przyjęty z zadowoleniem.
Oczywiście mogę się umówić na wizytę dla omówienia procedury przekazania daru i  pokazania przykładowych prac naukowych z  oferowanego zbioru.

Z wyrazami szacunku
Józef Wieczorek
30-069 Kraków
ul. Smoluchowskiego 4/1
tel 609 659 124

2008-07-18

http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=549

Na naukę nie ma pieniędzy cz.2 – publish or perish

Jasne, publikuj albo zgiń ! Dobre sobie. Jedni publikują i żyją sobie dobrze, inni publikują i giną. Nie ma więc jasnych związków przyczynowych między publikowaniem a istnieniem ! Niech no tylko ktoś napisze tekst :

  • Kilka uwag krytycznych …
  • ocena krytyczna…
  • komentarz krytyczny…

i jego szanse na utrzymanie się w korporacji akademickiej maleją do zera ! Publish and perish ! – jeśli masz dość tego świata.

No oczywiście można inaczej :

  • Pochwała genialnej idei profesora ….
  • Ku czci i chwale geniusza epoki …
  • O Największym z Wielkich…

I wtedy sprawy mają się inaczej. Można publikować i można żyć, a nawet trzeba publikować aby żyć dobrze.

Niestety niektórzy biorą naukę na serio, bo w młodości sobie zakodowali, że nauka to poszukiwanie prawdy, no i brną w tych przekonaniach, aż giną z pola widzenia po opublikowaniu kilku krytyk. Pozostali wolą przyjemniejsze życie ze strusiówką podręczną,

ze zgiętym kręgosłupem i produkują niezliczoną ilość prac „Ku czci ..”. Pozyskanie pieniędzy na takie prace nie sprawia żadnej trudności.

Publikacje są na ogół uważane za bardzo ważny element dorobku naukowego i instytucjonalnego. Jakkolwiek jeszcze nie u nas, bo u nas dorobek naukowy często jest jakby wstydliwie ukrywany i to nie tylko w naukach społecznych, ten z czasów PRLu . Co prawda coraz częściej słyszymy o potrzebie bibliometrii, o obiektywnej ocenie produkcji naukowej, ale praktyka jest jaka jest. Zresztą jest w co wątpić, bo bez kontekstu żadna statystyka obrazu prawidłowego nie daje.

Mamy przykłady, ze naukowcy niefinansowani mają większy dorobek od finansowanych,ale ten się nie liczy, jeśli jest uzyskany poza etatem. Ba, nawet jest źle widziany bo podważa ‚autorytet’ etatowców mających trudności z opublikowaniem czegokolwiek poza swoją manufakturą.

Ale i o etatowcach nie zawsze można źle mówić – bo co ma zrobić człowiek jak jest dyrektywą ‚przyłożonych’ zmuszany do publikowania w rodzinnych czasopismach, dostarczających środków dla zaradnych rodzin akademickich.

Niech no tylko go zidentyfikują, że publikuje nie tam gdzie trzeba, np. w jakiś zachodnichbiuletynach nie przynoszących żadnych zysków dla szefostwa. Nieprzydatność do pracy w instytucie – murowana. Oczywiście jak ktoś zostanie tak wyrejestrowany, to po latach i indeksy bibliometryczne mu spadną. Bo niby jak ma ma być inaczej – bez warsztatu pracy nie da się być potentatem. A jak szefostwo, finansowane z kieszeni podatnika, nagra sobie jakiegoś swojego publikującego, to im wszystkie wskaźniki pójdą w górę i nawet mogą przeskoczyć statystycznie – wyrejestrowanego ( dawniej naukowo zbyt aktywnego, później bezetatowca, czasem bezdomnego ..)

Tak więc bez kontekstu nie da się bibliometrycznie określić, czy ktoś dla nauki ma bilans pozytywny, czy negatywny.

Wszystkie te dysputy ocenne, scjentometryczne, obrazo – czy profesoro – bórcze i tak biorą w łeb, nie są warte funta kłaków, wobec faktu nieprzydatności literatury naukowej do jej gromadzenia w bibliotekach i ujawniania czytelnikom – potencjalnym autorom kolejnych publikacji mierzonych scjentometrycznie, ale i mierzonych także złowrogim okiem władz instytutowych, a tym bardziej bibliotecznych.

Brak zainteresowania bibliotek gromadzeniem literatury naukowej jest wysoce znamienny, ale jeszcze bardziej znamienne są postulaty wyrzucania literatury naukowej na makulaturę.

Jednym słowem, to jakby zamiast postulatu – naukowego – Bądź naukowcem ! Publikuj albo zgiń !, preferowano postulat socjalny: Bądź człowiekiem. Publikuj, bo zginą zbieracze makulatury ! Niby postulat szlachetny, ale nie do końca !

Czy literatura naukowa jest w jakikolwiek sposób przydatna dla nauki ? czy zwróci uwagę kogokolwiek ? to jest jak widać sprawa wątpliwa.

Niewątpliwie jednak literatura naukowa wyrzucona na śmietnik zwróci uwagę zbieraczy makulatury, którzy może dzięki temu kupią sobie jakąś bułkę, albo i kawałek kiełbasy. Ale czy produkowanie literatury naukowej – która po ew. ocenieniu bibliometrycznym, socjologicznym, psychologicznym producenta, służyć będzie na dobre tylko zbieraczom makulatury – jest najlepszym sposobem wydawania publicznych pieniędzy ?

Zatrudnianie tylu naukowców, budowa tylu uczelni, zakupy tylu komputerów itd. itp głównie po to aby wyprodukować potrzebne do rozliczeń nakładów/wydatków publikacje, które tak naprawdę będą służyć głównie do utrzymania się przy życiu zbieraczy makulatury ?!. Przecież gdyby te pieniądze od razu przeznaczono, powiedzmy na zasiłki dla tych zbieraczy, to oni by mieli nie tylko na bułki i napoje, ale na pałace !!!

Jednym słowem – produkcja literatury naukowej to jest zbyt kosztowny sposób utrzymywania zbieraczy makulatury przy życiu.

Jak widać, potrzebna jest kompleksowa, zrobiona z głową, reforma całego systemu, bo inaczej pożądany wzrost nakładów finansowych na naukę, nie przełoży się na większą przydatność nauki dla społeczeństwa.

2008-07-25

http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=553