System zamknięty i niereformowalny

System zamknięty i niereformowalny 


Kiedy nauka w Polsce stanie się częścią nauki światowej?
 

Komitet Badań Naukowych ma być przekształcony w ministerstwo nauki. Taki jest plan władz KBN. Minister nauki ma decydować o dzieleniu pieniędzy, a uczeni jedynie doradzać i opiniować. Uczeni nie chcą się jednak pozbyć autonomii. Czy powstanie ministerstwa nauki oznacza próbę reformy nauki w Polsce? Można w to wątpić. Brakuje programu zmian systemowych.

Nauka w Polsce jest chora, została wyodrębniona od nauki sensu stricto jako tzw. nauka polska ze specyficznymi dla niej cechami, jak: dominacja stopni i tytułów nad osiągnięciami naukowymi, brak dostępu do informacji o rezultatach badań, brak kontroli i możliwości krytyki poczynań autonomicznych korporacji. Raporty NIK wskazują od dawna na nadużycia w KBN, zgodne z odczuciami obywateli obserwujących znikanie swoich pieniędzy księgowanych po stronie wydatków na naukę. Ale KBN nic sobie z tego nie robi. Uczeni chcą zachować autonomię, ale polega ona głównie na przyznawaniu pieniędzy sobie i swoim, bez żadnej kontroli. Władze KBN chcą ten problem rozwiązać, ale proponują tylko przejęcie dzielenia pieniędzy przez siebie. Tego nie można nazywać reformą.

Istnieje uzasadnione domniemanie, że chodzi głównie o przejęcie łatwego dostępu do kieszeni podatnika. Nie ma programu naprawy kuriozalnego systemu nauki w Polsce, tak aby był kompatybilny z systemem nauki na przykład w USA. Profesorowie tego nie chcą. Utraciliby swoje strefy wpływów. Na obecny system narzekają, ale w gruncie rzeczy jest im z tym dobrze. Mają autonomię, mogą robić, co chcą, za nic nie odpowiadają. Domagają się zmian, ale tylko takich, które by niczego zasadniczo nie zmieniły, a przyniosły większe pieniądze do podziału bez kontroli.

Może by można coś zmienić, gdyby system został otwarty nie na urzędników, jak się projektuje, ale na międzynarodowe społeczeństwo nauki. Ale to zagraża decydentom – profesorom, którzy sami siebie opiniują, a każdy przejaw krytyki ich poczynań czy poglšdów, jak za czasów Najwyższego Językoznawcy, kończy się skazywaniem niepokornych na śmierć naukową. Eliminuje się w ten sposób myślących niezależnie: „Stłucz pan termometr, nie będziesz miał pan gorączki” – to jest metoda walki z nadużyciami w nauce polskiej. Za pomocą tłuczenia „termometrów” nie poprawiono jednak stanu nauki w Polsce.

System nauki w Polsce jest zamknięty i – zdaje się – niereformowalny. Sytuacja jest patowa. Rząd nie proponuje otwarcia systemu nauki w Polsce, a co najwyżej ratowanie tzw. nauki polskiej. Wygląda na to, że po przejęciu finansów wszystko ma pozostać po staremu, a nauka polska ma konkurować z nauką zachodnią jak w „dobrych” komunistycznych czasach. Kiedy nauka w Polsce stanie się częścią nauki światowej? W ramach budowy społeczeństwa informacyjnego społeczeństwo nie jest o tym informowane, tak jak nie jest informowane o arcydziełach naukowych powstających za jego pieniądze. Do tych „arcydzieł” tworzonych przez „najlepszych z najlepszych” nie ma dostępu, i to nie dlatego, że jest społeczeństwem analfabetów funkcjonalnych. KBN stworzył bazę „niedanych” na temat projektów badawczych (strona http://www.opi.org.pl/), która, niestety, nie została poddana kontroli NIK. Plan utworzenia ministerstwa nauki nie zakłada, jak się zdaje, wprowadzenia jawności w życiu naukowym, a bez tego nie ma nauki sensu stricto, jest co najwyżej nauka polska.

 
Józef Wieczorek 
Autor jest geologiem, byłym wykładowcą UJ.

UWAGA: Tekst ukazał się na łamach Rzeczpospolitej – 2002.10.24 

Reklamy

Jakie uniwersytety? – polemika

Cezary Wójcik & Józef Wieczorek 

Jakie uniwersytety? – polemika 

Leszek Pacholski – profesor i obecny rektor-elekt Uniwersytetu Wrocławskiego w kwartalniku ‚Nauka’ nr. 1 , 2005 opublikował tekst „JAKIE UNIWERSYTETY?”, który wcześniej był dostępny w internecie. W wersji skróconej tekst ten został opublikowany także w „Tygodniku Powszechnym” (43/2004; 2885). W pełnej wersji opublikowanej w „Nauce” autor poświęcił sporo miejsca pacyfikacji naszych poglądów wyrażonych w artykule ‚Prof. dr hab. dożywotni’ opublikowanym w Polityce nr 30/2004 (2462).

Warto tu nadmienić, iż nasz artykuł wywołał ożywioną reakcję w środowisku akademickim, prowokując wiele wypowiedzi, zarówno krytycznych, jak i popierających nasze poglady, których wybór także ukazał się w „Polityce”, a ich pełne teksty i dyskusje internetowe dostępne są nadal na stronach internetowych tego tygodnika. (http://polityka.onet.pl/162,1176405,1,0,2462-2004-30,artykul.htmlhttp://polityka.onet.pl/162,1181578,1,0,artykul.html ). 

Nie bez znaczenia dla czytelnika będzie podanie informacji, że na witrynie ‚Prawo o szkolnictwie wyższym – debata(http://www.ii.uni.wroc.pl/~psw/) niestety z tekstem Leszka Pacholskiego – Jakie uniwersytety ? nie można dyskutować mimo podanej informacji ‚Zapraszamy do dyskusji! ‘. Natomiast nasza witryna – Niezależne Forum Akademickie www.nfa.pl otwarta jest dla dyskusji o czym polskie środowisko akademickie zostało poinformowane. Wielu naukowców z tej możliwości otwartej i niecenzurowanej dyskusji korzysta, o czym każdy zainteresowany może się przekonać. Serdecznie zapraszamy ! 

Leszek Pacholski zarzuca nam bałamutność i naiwność, tymczasem to jego wypowiedź nosi takie cechy. Autor podaje wybiórcze informacje o naszych poglądach, mimo że zna także inne nasze teksty. Widzi nas w roli pacyfikujących poglądy innych, gdy tymczasem to my jako szeregowi naukowcy (nie -decydenci) jesteśmy obiektami pacyfikacji ze strony decydentów, do grona których należy też Leszek Pacholski.

Strach się odezwać w sprawie zmian systemu nauki i edukacji w Polsce, gdyż wzbudza to zacięty i solidarny opór ze strony osób z kół profesorsko-decydenckich. Nic w tym dziwnego, skoro taka reforma zapewne pozbawiłaby dużą część tego grona wpływów i posad po wprowadzeniu przyjętych w cywilizowanym świecie standardów naboru i weryfikacji pracowników. Elementem tego oporu jest obrona habilitacji jak niepodległości. Leszek Pacholski przyrównał ją wręcz do amerykańskiej „tenury”, czyli gwarancji nieusuwalności z posady po awansie ze stanowiska profesora pomocniczego. 

Czy Prof. Leszek Pacholski rzeczywiście nie widzi różnicy między ‚tenurą’ a habilitacją? Znamy z autopsji w Polsce liczne przykłady profesorów lekceważących studentów, wyrzucających indeksy przez okna, łamiących przepisy akademickie, stosujących mobbing i „sexual harrasment” wobec studentów i doktorantów, uprawiających lub tolerujących plagiaty, do tego miernych naukowo, a mimo to „nie do ruszenia”. Nawet jak odejdą z jednej uczelni, zawsze znajdą przystań na innej.

Tego typu „naukowcy” dawno utraciliby „tenurę” w USA. Postulowana przez nas likwidacja habilitacji jest tylko częścią całościowej reformy systemu. Wyrwanie naszego postulatu z kontekstu jest zabiegiem demagogicznym.

Likwidacja habilitacji bez zmian systemowych nie zmieni kondycji nauki w Polsce na lepsze, tak jak na lepsze nie zmienia sytuacji utrzymywanie habilitacji. Leszek Pacholski zdaje sobie sprawę, że mimo obowiązywania habilitacji pozostały jedynie oazy uprawiania nauki w Polsce, o czym pisze, i zapewne w takiej oazie pracuje nie wychodząc na otaczajacą pustynię. Ale dalsze utrzymywanie obecnego systemu może doprowadzić do wyschnięcia źródeł zasilających te oazy, które wówczas zasypie piasek miernoty. 

Leszek Pacholski nie nadmienia, że postulowaliśmy w wielu naszych tekstach (por. zebrane teksty na Niezależnym Forum Akademickim – działy : Debata nad Ustawą o Szkolnictwie Wyższym, Patologie środowiska akademickiego, Perspektywy nauki i szkolnictwa wyższego ) wprowadzenie do polskiego prawa zasady jawności dorobku naukowego, oceny naukowców według tego jawnego dorobku a nie według dożywotnich tytułów, które w naszym systemie często są od dorobku niezależne.

 Nie nadmienia też, że postulowaliśmy wprowadzenie zasady obsadzania etatów na drodze otwartych i jawnych konkursów z udziałem wybitnych przestawicieli zagranicznych środowisk naukowych, oraz zasady mobilności kadry akademickiej. 

Niestety obecny system uzależnia ocenę poziomu uczelni i jej akredytację od ilości posiadanych tytułów, przyjmując tytuły naukowe pracowników za najważniejszy miernik poziomu nauki uprawianej na uczelniach. Stąd też zerowa stopa bezrobocia wśród byłych „pracowników naukowych” tzw. Wyższej Szkoły Nauk Społecznych (później Akademii Nauk Społecznych) przy KC PZPR, o których zatrudnienie biły się uczelnie, potrzebujące wykazać się odpowiednią ilością pracowników z habilitacją i profesurą, nawet jeśli habilitacja dotyczyła podstaw „marksizmu-leninizmu” czy innych paranaukowych absurdów. 

Nasze środowisko akademickie nadal broni się przed stosowaniem standardów anglosaskich. Stąd też mamy bazy niedanych o ludzach nauki, bazy niedanych o wynikach projektów badawczych i nie ma siły aby do prawa wprowadzić nakaz ujawniania tego co winno być jawne, a nie tajne. 
O ile można zrozumieć, iż reform boją sią utytułowane miernoty naukowe, o tyle dziwi fakt, iż bronią się przed nimi często także ci nieliczni profesorowie, tacy jak Leszek Pacholski, którzy skorzystaliby na takiej reformie, mając szansę zostać liderami zreformowanej polskiej nauki. 

Pragniemy podkreślić, że generalnie z naszymi poglądami zgadzają się w swoich tekstach publicystycznych m.in. prof. M.Żylicz, Prof. J.Kalisz , rektor WSB-NLU K. Pawłowski, którzy do zagadnień podchodzą bardziej systemowo, gdy natomiast prof. L. Pacholski jakby nie do końca zgadzał się z tym co sam napisał i podpisał w liście otwartym umieszczonym na swojej stroniehttp://www.ii.uni.wroc.pl/~psw/index.php/psw/aktualno_ci/list_otwarty_z_1_x_2004). 
Tak jakby był ‚za, a nawet przeciw’ radykalnej, ale koniecznej reformie systemu nauki w naszym kraju. 

Cezary Wójcik (Evansville, USA), 
Józef Wieczorek (Kraków) 

P.S. tekst opublikowany na ‚papierze’ w NAUKA 4/2005 
http://www.pan.pl/modules.php?name=Content&pa=showpage&pid=191 

http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=113

2005-07-23

NOMADYZM NIEMOBILNYCH

Józef Wieczorek & Cezary Wójcik 

NOMADYZM NIEMOBILNYCH 

Brak mobilności kadr akademickich 

Jednym z argumentów podnoszonych przez przeciwników wprowadzenia w Polsce systemu organizacji nauki podobnego do systemu amerykańskiego jest brak mobilności kadr akademickich. Decydenci argumentują, że pracownicy naukowi trzymają się swojego miejsca zamieszkania a warunki ekonomiczne nie pozwalają na częste zmiany miejsca pracy. Kiedy ogłasza się 
konkursy na uczelniach, to zgłasza się zwykle tylko jedna osoba, gdyż praca naukowa nie jest u nas atrakcyjna. Decydenci przyznają, że system amerykański oparty na mobilności kadr jest bardziej wydajny, lecz uważają że dopóki nie dojdzie do zmiany mentalności naukowców polskich to musi być tak jak jest bo inaczej będzie jeszcze gorzej. Ich argumentacja prowadzi do tego, żeby pomimo wejścia do UE w nauce polskiej nic się tak naprawdę nie zmieniło i wszystko pozostało „po staremu”. Każdy postulat zmian jest traktowany jak nawoływanie do rewolucji, której nauka podobno nie znosi. 
Czy te argumenty są zasadne ? Czy nie jest to czasem hipokryzja tych, którzy obawiają się jakichkolwiek realnych zmian bo są zbyt przywiązani do obecnego systemu ? Czy brak mobilności kadr jest przyczyną takiego a nie innego systemu organizacji nauki, czy też jest odwrotnie? 

Wzorzec kariery – od studenta do rektora na tej samej uczelni 

Przebijające się gdzieniedgdzie krytyczne opinie o braku mobilności kadr akademickich na ogół kontrastują z wypowiedziami rektorów chwalących się zwykle w okresie wyborów, że od studenta do rektora byli na jednej uczelni. To ma być argument świadczący za tym, że znają najlepiej uczelnię, jej problemy, i najlepiej nadają się do tego aby nią kierować. To ciekawe, że w tym przypadku brak mobilności nie jest wadą, lecz zaletą kariery akademickiej. W systemie amerykańskim jest to rzecz niespotykana. Taka kariera nie jest możliwa. Kto nie jest mobilny – odpada. Nie ma szans na zatrudnienie. Zmiana miejsca pracy jest wymuszona systemowo. Nie można spędzić całego życia na jednej uczelni, podobnie jak nie można całego życia przepracować w jednej firmie. Przeciętny Amerykanin conajmniej czterokrotnie zmienia miejsce pracy i naukowcy nie są tu bynajmniej wyjątkiem. W przypadku naukowca osiągającego sukcesy, zmiana miejsca pracy prowadzi do coraz wyższych zarobków, większego laboratorium oraz lepszej uczelni i kończy się dopiero gdy uda się mu zdobyć pozycję na Harwardzie lub Uniwersytecie Stanforda, podczas gdy w przypadku naukowca przeciętnego lub wręcz miernego obserwuje się albo brak zmiany miejsca pracy albo przenoszenie się do gorszych szkół wyższych (collegów), gdzie nad uprawianiem nauki przeważa nauczanie. O obsadzie etatu na każdej uczelni – czy to małej, czy to dużej – decydują autentyczne, otwarte konkursy na które wpływa kilkadziesiąt lub nawet kilkaset podań. Niezależna komisja wybiera kandydata o największym dorobku i największych perspektywach rozwoju a nie tego kto najwięcej czasu spędził na jednej uczelni i najlepiej tkał ‘akademicką pajęczynę’ aby w końcu zyskać miano ‘najlepszego z najlepszych’. Wprowadzenia podobnego systemu nasi swojscy uczeni boją się bardziej niż ognia. 

Chów wsobny 

W Polsce najbardziej popularny jest chów wsobny, czyli chowanie swoich – na swoich uczelniach. O rozwoju ośrodka decydują obyczaje plemienne. Każdy ośrodek naukowy opanowany jest przez członków jednego plemienia i tylko członkowie tego plemienia mogą na nim zrobić karierę. Takie reguły obowiązują w starych ośrodkach gdzie więzi plemienne są najtrwalsze. Ktoś spoza wspólnoty plemiennej zawsze jest obcy, bez szans na karierę szczególnie wtedy jeśli nie przestrzega etyki plemiennej. Wyjątki tylko potwierdzają regułę. 

Do tych reguł starają się dostosować także uczelnie młode, dopiero co zakładane w tym uczelnie prywatne. Te są zmuszone do korzystania z kadry starszych uczelni. Ich rektorzy argumentują, że nie może być inaczej bo w ciągu 10-15 lat istnienia uczelnie te nie zdołały wykształcić swojej kadry, tzn. chów wsobny nie został jeszcze ukończony, ale jest na dobrej drodze. Polityka tych uczelni nawiązuje do polityki wiekowych uczelni. O innych sposobach rekrutacji kadr wcale się nie myśli. Wypożyczanie okresowe kadr – tak, rekrutacja nie-swoich na drodze autentycznych konkursów – nie. 
Jak upłynie trochę lat i te uczelnie będą się opierać na swojej kadrze, a kariery od studenta do rektora na tej samej uczelni będą także dla nich wzorcowe. Taki system jest u nas utrwalany i po uchwaleniu nowej ustawy o szkolnictwie wyższym będzie panował na wieki Wprowadzane przez ustawę zmiany mają charakter jedynie kosmetyczny, gdyż to co najważniejsze pozostanie jak jest. Niektórzy twierdzą, że reform nie można przeprowadzić od zaraz, że na to potrzeba czasu, trzeba nowego pokolenia. Tymczasem od obalenia komunizmu upłynęło 15 lat, a obecne na uczelniach nowe pokolenie przejmuje obyczaje swoich poprzedników – chów wsobny nadal obowiązuje. Ludzie zdolni i przedsiębiorczy realizują się z dala od tych skansenów PRLu. 

Pseudokonkursy tylko dla swoich 

Rektorzy i inni zwolennicy obecnego systemu , twierdzą że system amerykański nie jest dla nas – bo na konkursy u nas zgłasza się tylko jedna osoba a w USA nawet setki. Jest to jednak kosmiczna wręcz hipokryzją!!!! To rektorzy (dziekani) za to odpowiadają organizując pseudokonkursy dla obsadzenia etatu przez osobę wcześniej wybraną na zwycięzcę według kryteriów dostosowanych nie do potrzeb etatu tylko do potrzeb i osiągnięć tej konkretnej osoby, często wg kryteriów genetycznych ( w takiej genetyce jesteśmy silni !). Na wszelki wypadek ogłoszenia o takich konkursach wywieszane są zwykle tylko obok dziekanatu. 
Czemu ogłoszenia na etaty standardowo nie są zamieszczane w ogólnopolskich czasopismach (takie ogłoszenia to jedynie wyjątki !) lub w internecie na jakimś ogólnopolskim portalu np. Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego tak aby istniała ogólnie dostępna tablica ogłoszeń – tego obrońcy obecnego systemu nie tłumaczą. Tak jakby się bali aby na etaty nie zgłaszało się więcej niż jedna upatrzona osoba, i żeby nadal był argument przeciwko wprowadzeniu u nas systemu anglosaskiego. 
Trzeba przy tym zaznaczyć, że nawet gdyby ktoś przypadkowo poinformowany ale niepowołany odważył się zgłosić na taki pseudokonkurs to i tak nie ma żadnych szans. Jeśli ma wiele więcej lepszych publikacji i większe osiągnięcia edukacyjne to i tak gorzej spełnia wymagania stawiane kandydatom bo te w sposób wręcz idealny spełnia tylko wybrany wcześniej zwycięzca. Niepowołany do wygrania śmiałek, może być co najwyżej najlepszy abstrakcyjnie, ale konkretnie najlepszy jest ten kto wygrał już przed ogłoszeniem konkursu. 
Taki sposób rekrutacji kadr akademickich zapewnia i utrwala niemobilność systemową. 

Rzadko spotykane próby mobilności są wręcz karane. Zmiana ośrodka jest podejrzana. Znaczy, że ktoś był słaby albo konfliktowy więc należy się go wystrzegać. Im więcej ma znanych publikacji, im bardziej znane osiągnięcia edukacyjne tym gorzej dla takiego nieudacznika. Udacznikami są ci, którzy ośrodków nie zmieniają, co świadczy o ich wartości i lojalności tak wysoko cenionej przez decydentów. 
Pogląd o tym, że jak ktoś jest dobry to wszędzie znajdzie pracę a inni się będą o niego bili nie ma pokrycia w faktach. Tak się dzieje poza Polską. W Polsce jest inaczej. O dobrych nikt się nie bije, dobrych się bije. Wyjątki tylko potwierdzają regułę. 

Wieloetatowe chałturzenie 

Profesorowie są zakorzenieni w jednej uczelni, na której robili karierę i co daje im prestiż oraz przysługujące wynagrodzenie bez potrzeby weryfikacji ich pracy (czy niepracy) ale jednocześnie jeżdżą od miasta do miasta, od uczelni do uczelni dla zapełnienia kieszeni. Fakt, że nie wszyscy muszą tak jeździć. Profesorowie zręcznościowi, którzy mają dobre układy z częstej peregrynacji mogą być zwolnieni dostarczając punktów dla ocen PKA. 
Nasz system akademicki jest bardzo precyzyjny i nie wymaga pracy, lecz jedynie dostarczania punktów dla uczelni. Jeśli ktoś dostarcza wielu punktów pracować nie musi, albo bardzo niewiele. Układ jest prosty – uczelnia ma punkty, profesor ma pieniądze i obie strony są zadowolone. Jeśli się ma taki układ na kilku uczelniach, które u nas rosną jak grzyby po deszczu, to i kieszeń można nabić bez większego wysiłku. Wielu „sklonowanych profesorów” znaleźć można tylko na liście płac. 
Jak wyglądają te wysoko punktowane usługi profesorów zręcznościowych można na ogół poczytać na niezależnych forach internetowych. Serwują zwykle bubel edukacyjny bo nie mają ani czasu na pracę naukową, ani na czytanie literatury światowej, ani na czytanie prac bardzo licznych magistrantów. Nie są w stanie wykrywać plagiatów, o ile w ogóle są taką działalnością zainteresowani. Przekazują studentom kult bylejakości i uczą chałturzenia. 
Wieloetatowość profesorów kontrastuje z bezetatowością coraz liczniejszych doktorów. 
Ale za doktora choćby najlepszego uczelnie mają mało punktów, za profesora choćby najgorszego – wiele. Stąd uczelnie wolą profesorów. Jak nie zatrudnią aktywnych doktorów to bubel profesorski nie będzie tak widoczny. Nie będzie kontrastu, który by zakłócał tą systemową fikcję edukacyjną. System działa bardzo sprawnie stąd doktorom pozostaje jedynie nomadyzm zagraniczny. U nas nie mają szans, chyba że mają układ z profesorem i odwalają za nich robotę, za marne ochłapy z pańskiego stołu. 
Jedynym wyjściem z sytuacji byłaby likwidacja tytułu profesorskiego z prezydenckiego namaszczenia, który daje jego posiadaczom tak silną kartę przetargową dla uczelni. Nie może być tak, by bezproduktywny profesor był wyżej ceniony przez uczelnię od genialnego nawet doktora. Stanowisko profesora powinno być po prostu obsadzone przez najzdolniejszego kandydata ze stopniem doktora, gdyby zaś taka osoba przestała być produktywna naukowo powinna to stanowsiko stracić by uczynić miejsce młodszym i zdolniejszym. 

Nomadyzm etycznie wymuszony 

Wieloetatowość profesorów stwarza jednakże konkurencję dla uczelni państwowych ze strony uczelni prywatnych. Stąd uczelnie państwowe wprowadzają jej ograniczanie. Określają. że wykładanie na uczelniach w tym samym mieście jest etycznie naganne, gdy natomiast wykładanie w różnych miastach – nie. Stąd mobilność wymuszona zostaje etycznie. Żeby być etycznym trzeba się przemieszczać do miast nieraz odległych. Tym sposobem interesy zasadniczo niemobilnych zostają zabezpieczone, a i etyczność mobilnych ekonomicznie zostaje ocalona. Nie ma mowy jednak o ocaleniu poziomu badań i edukacji. 

Inną formą jest mobilność wymuszona skutkami plagiaryzmu, dość powszechnego i wśród profesorów. Profesor przyłapany w jednej uczelni na plagiatach nie zawsze może w niej pozostać. Jeśli plagiatował wiele razy zdarza się, że ponosi konsekwencje takich czynów. Konsekwencje są u nas jednak osobliwe. Prosi się go o opuszczenie swojej uczelni, ale może się przenieść na inną uczelnię. Ktoś kto był nieuczciwym w jednej uczelni, w innej może dawać przykład innym. 
W USA plagiatowanie wyklucza ze środowiska akademickiego, w Polsce jedynie wymusza mobilność. Nikt nie odbiera autorom plagiatów tytułów profesorskich lub habilitacji. Gdyby wzrosła u nas wykrywalność plagiatów, to i wzrosła by mobilność kadr akademickich. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło ! Niestety tylko nieuczciwym. Uczciwi za karę muszą się trzymać swoich uczelni. 

Co zmienić w systemie ? 

Nie ma chyba wątpliwości dla każdego rzeczywiście zatroskanego o stan nauki i edukacji w Polsce, że ten patologiczny system należy zmienić. Chów wsobny powoduje, że uczelnie – nawet te najlepsze – zapadają na nieuleczalne, permanentne schorzenia. Nepotyzm, klikowość, korupcja, brak krytyki naukowej, negatywna selekcja kadr, rządy samych swoich – to tylko kilka przykładów tych schorzeń. Trzeba podjąć radykalne kroki. Konieczne jest wprowadzenie programu ochrony różnorodności akademickiej. 

Trzeba by wprowadzić ustawowo zakaz zatrudniania w uczelniach swoich wychowanków w ciągu co najmniej 5 lat po ukończeniu doktoratu, podobnie jak rzecz ma się w Niemczech. Tym samym ktoś, kto ukończył studia na jednej uczelni zakończone doktoratem obronionym przed komisją ogólnopolską a najlepiej międzynarodową, byłby zmuszony do mobilności – do pracy w innych ośrodkach naukowych- i nie wcześniej niż po 5 latach gdyby zechciał mógłby się ew. starać o miejsce na swojej macierzystej uczelni w ramach otwartego, a z reguły międzynarodowego konkursu. Oczywiście zarobki takiej osoby muszą umożliwiać przeprowadzkę do innego miasta i rozwiązanie problemu mieszkania. 
Wprowadzenie otwartych rzeczywistych konkursów – zamiast obecnych fikcyjnych, rozpisywanych w ramach chowu wsobnego – wymusiłoby mobilność kadry naukowej, która bez doświadczeń z innych ośrodków nie miałaby szans powrotu na swoja macierzystą uczelnię. 
Obsadzanie etatów w szkołach prywatnych winno się odbywać na podobnych zasadach. Likwidacja wieloetatowości zmusiłaby uczelnie do zatrudniania kompetentnych jednoetatowców, do obsadzania stanowisk według kwalifikacji a nie według ‘tytułów’ u nas od poziomu merytorycznego i etycznego niezależnych. Wieloetatowość w takiej postaci jak występuje w Polsce nie istnieje w USA, gdyż trudno sobie wyobrazić by ktoś mógł godzić obowiązki pracy w jednej uczelni z pracą w drugiej, konkurencyjnej placówce. Jednakże niezbędnym warunkiem usunięcia wieloetatowości oraz robienia rozmaitych chałtur przez naukowców jest po pierwsze wynagrodzenie umożliwiające życie na przyzwoitym poziomie z jednego etatu, a po drugie powiązanie wysokości tego wynagrodzenia z osiągnięciami naukowymi i dydaktycznymi. 
Taki system winien działać na rzecz likwidacji uczelni obliczonych na kasowanie kasy przez profesorskich nomadów i na kasowanie dyplomów przez niedouczonych studentów pozbawionych rzeczywistego kontaktu ze środowiskiem naukowym. 

Józef Wieczorek, Kraków 
Cezary Wójcik, Dallas
 

Oryginalny tekst zgłoszony do druku w Forum Akademickim. Wersja opublikowana w FA nr 12, 2004 – Nomadyzm niemobilnych patrz artykuł 

http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=27

2004-12-11

STARY SYSTEM W NOWYCH SZATACH – replika

STARY SYSTEM W NOWYCH SZATACH – replika 

Z zadowoleniem przyjąłem fakt (‚Gazeta Polska’ nr 6 ) wzbudzenia emocji przez mój artykuł ‚Stary system w nowych szatach – o projekcie ustawy o szkolnictwie wyższym (‚Gazeta Polska’ nr. 3 z 21 stycznia 2004). Nie ma nic smutniejszego niż napisanie artykułu, który mija bez echa. Profesor Łukasz Kaczmarek niestety nawiązuje swym listem do stylu znanego mi z czasów PRL-u, i to z okresu późnego Gomułki. Wtedy krzyczano ‚ pisarze do piór’ na co się odpowiadało ‚a pasta do zębów’. I tak też mógłbym zakończyć polemikę z profesorem krzyczącym ‚weźcie się do pracy, nie do rewolucji’ gdyby nie fakt, że wielu czytelników nie pamięta atmosfery tamtych czasów. Niestety wielu jeszcze Polaków, jak Pan Profesor, nadal mentalnie tkwi w systemie realnego socjalizmu. Niestety Pan Profesor nie przedstawia żadnych danych na udokumentowanie swojej śmiałej tezy, że ‚miernot i głupców wśród doktorów jest znacznie więcej niż wśród profesorów’. Widocznie nie jest najlepiej z nauką w Polsce skoro badań i wyników na ten temat nie ma. Rzecz w tym, że za nadawanie doktoratów w Polsce odpowiadają profesorowie, i to habilitowani, więc na nich spada całkowita odpowiedzialność za promowanie ‚miernych i głupich doktorów’ gdy natomiast doktorzy nie mają żadnego wpływu, i nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za mierny poziom intelektualny, czy moralny profesorów. Widać, zatem że z profesorią w Polsce nie jest najlepiej, a nawet jest bardzo źle, jak wynika nie tylko z argumentacji Profesora Kaczmarka.

Pan Profesor ma rację jak pisze, że ‚istotnym motorem rozwoju nauki są bowiem nakłady finansowa’. Bez pieniędzy trudno coś w nauce zrobić. Jednakże w systemie nauki polskiej wcale nie widać zależności między nakładami na naukę i rezultatami badań. Zapewne nie bez przyczyny te efekty są skrupulatnie utajniane przed zainteresowanymi efektami prac badawczych podatnikami łożącymi na te ‚badania’ swoje ciężko zarobione grosze. Gdyby Pan Profesor swój apel ‚weźcie się Panowie Doktorzy, solidnie do pracy’ poparł rzeczywistą ofertą pracy dla niezatrudnionych, choć bardziej od profesorów aktywnych naukowo doktorów, to by się Pan tym apelem nieco uwiarygodnił. Niestety dalszy postulat ‚sami spróbujcie zdobyć tytuł profesora’ jest już nierealny w świetle zasad panujących w nauce polskiej. Tytułów nie zdobywa się samemu. Są one reglamentowane przez korporację profesorską, namaszczaną przez prezydenta nie-magistra i dobrze dbającą o swoje interesy. Jest to postulat z kategorii sadystycznych.

Trudno się także zgodzić i z twierdzeniem Prof. Marka J. Sarny, że ‚Jeśli dla kogoś jego dziedzina jest pasją, a nie sposobem na nobilitację czy karierę, to stopnie i tytuły przychodzą niepostrzeżenie, mimo woli’ To można raczej między bajki włożyć. Może tak jest w Instytucie Prof. Sarny. Ja go nie znam, więc tego nie neguję, ale w tych instytutach, które znam, w tzw. renomowanych placówkach ( UJ, UW, AGH, PAN) jest całkiem inaczej. Do pasjonatów stopnie i tytuły nie przyjdą mimowolnie. Dla pasjonatów na ogół nie ma miejsca w Polsce, muszą wegetować albo emigrować. Nie należy zbytnio uogólniać. Centrum Prof. Sarny zapewne nie odzwierciedla poziomu nauki w Polsce. W ZSRR pracowali znakomici uczeni i były znakomite instytuty, ale nauka radziecka słusznie została wyodrębniona z nauki sensu stricto gdyż tak się do niej miała jak demokracja socjalistyczna do demokracji. To także dotyczy innych socjalistycznych nauk, także tzw. nauki polskiej.

Twierdzenie, że ja mogę zrobić swoimi tekstami jakieś zamieszanie w systemie nauki polskiej jest chyba niepoważne. Jeśli system nauki w Polsce jest tak znakomity to co jeden osobnik, bez żadnej władzy, może w tym systemie namieszać? Może z tym systemem nie jest tak dobrze skoro wyraża się takie obawy? 

Józef Wieczorek