W poszukiwaniu kompromisu

W poszukiwaniu kompromisu 

Dyskusja nad projektem prezydenckim ustawy o szkolnictwie wyższym („W poszukiwaniu kompromisu , „Rz” 4, 6.01.2004 r.) dotyczy głównie sprzecznych interesów uczelni państwowych i niepaństwowych, a pomija sprawy zasadnicze. Po pierwsze projekt prezydencki w ogóle nie powinien powstać, aby projekt ustawy był zgodny z Wielką Kartą Uniwersytetów Europejskich (tzw. Karta bolońska), która mówi „jego (tj. uniwersytetu) działalność naukowa i dydaktyczna musi być moralnie i intelektualnie niezależna od władzy politycznej i ekonomicznej”. Niestety, nasz system nauki i edukacji jest ustawowo zależny od władzy politycznej i ma taki pozostać, mimo że społeczeństwo głosowało za wprowadzeniem w Polsce standardów unijnych. Nad tym jednak panowie rektorzy uczelni państwowych i niepaństwowych jakby przechodzili do porządku dziennego. A właściwie zajmują się forsowaniem swoich partykularnych interesów, łamiąc tym samym Kartę bolońską i wolę społeczeństwa.

Rektorzy uczelni niepaństwowych, zamiast dążyć do zmiany systemu edukacji w Polsce, walczą o zachowanie patologii wieloetatowej (dla profesorów) i w gruncie rzeczy o bezetatowość doktorów. W obecnym systemie szkolnictwa wyższego „profesorowie” pracują rzekomo nawet po 32 godz. na dobę (ziemską?!), prowadząc dziesiątki, a nawet setki prac „dyplomowych”, których treści nawet nie znają. Natomiast doktorzy, którzy mieli znakomite osiągnięcia w pracy ze studentami i są aktywni naukowo, na uczelniach pracować nie mogą, bo kontrast z profesorami („belwederskimi” czy „namiestnikowskimi”) jest zbyt duży. Tego ani rektorzy szkół państwowych, ani niepaństwowych jakoś nie mają zamiaru zlikwidować. Wieloetatowość profesorów i bezetatowość doktorów powinna być zakazana ustawowo.

Kuriozalny jest stan, kiedy polski doktor może wykładać za granicami, recenzować dorobek zagranicznych uczonych, ale w kraju taka działalność ma być domeną jedynie korporacji „profesorów”, niedającej sobie rady z kształceniem kadr uczelnianych.

Jeśli profesorowie twierdzą, że wychowani przez nich doktorzy nie potrafią uczyć, chyba jest to samoocena przydatności takich profesorów do pracy na uczelniach.

Profesor to powinno być stanowisko dla tych doktorów, którzy potrafią na wysokim poziomie uczyć i prowadzić badania naukowe, a nie tytuł umocowany politycznie dla posłusznych. Lojalność w stosunku do mających władzę i kasę nie może być podstawowym atrybutem nauczycieli akademickich. Polsce nie jest potrzebny kompromis uczelni państwowych i niepaństwowych w sprawie ustawy prezydenckiej. Polsce potrzebny jest nowy, apolityczny system edukacji. 

Józef Wieczorek, Kraków

Rzeczpospolita 20.01.2004

Reklamy

Strategia lizbońska a sprawa nauki w Polsce

Cezary Wójcik, Józef Wieczorek 

Strategia lizbońska a sprawa nauki w Polsce 

Nie sposób przyznać racji autorom artykułu „Nauka to potęgi klucz” („Rz” 259 z 4.11.2004r.), którzy stwierdzają, że w Unii Europejskiej, a w Polsce w szczególności, „kariera naukowa powinna przyciągać coraz więcej osób” , gdyż celem szeroko zakrojonej strategii rozwoju zjednoczonej Europy (tzw. strategii lizbońskiej) jest <„więcej lepiej wykwalifikowanych naukowców dla całej Europy”. 

Autorzy podkreślają, że najlepsza metoda rozwoju nauki polega na „promowaniu współzawodnictwa wśród naukowców i instytutów badawczych” . Jest to stwierdzenie bardzo istotne, jeżeli weźmie się pod uwagę, iż współautorem artykułu jest premier Marek Belka.

Tymczasem, deklaracje zawarte w tym artykule stoją w wyraźnej sprzeczności z tym, co dzieje się w naszym kraju. Kolejne pokolenia polskich naukowców albo porzucają karierę naukową, albo kontynuują ją poza granicami naszego kraju, najczęściej za oceanem. Poszczególne osoby lub grupy badawcze, które prowadzą wartościowe badania naukowe i odnoszą uznawane na świecie sukcesy, czynią to najczęściej dzięki pieniądzom z trudem zdobywanym za granicą. Dzieje się tak dlatego, że polska nauka pozostaje pod kontrolą starzejącego się lobby profesorskiego, składającego się w większości z uczonych noszących w sobie jarzmo PRL. 

Niestety, Sejm pracujący nad nową ustawą o szkolnictwie wyższym opiera się w głównej mierze na projekcie złożonym przez prezydenta RP, bardzo dalekim od standardów najbardziej wydajnego w nauce systemu anglosaskiego.

Jeżeli zasadnicze założenia projektu prezydenckiego petryfikującego obecny system zostaną przegłosowane przez Sejm, to strategia lizbońska w Polsce pozostanie na papierze. Jeżeli nie dokona się reformy systemu organizacji i finansowania nauki na wzór anglosaski, wprowadzając wypróbowane rozwiązania oparte na konkurencji i współzawodnictwie, to polskie ośrodki naukowe nie sprostają konkurencji w europejskiej przestrzeni badawczej. O ile fundusze w ramach dotychczasowych programów ramowych UE były rozdzielane według klucza politycznego, o tyle granty na badania z Europejskiej Rady ds. Badań będą w większości rozdzielane na zasadzie otwartego konkursu projektów badawczych. Może to doprowadzić do sytuacji, że polscy podatnicy będą finansować badania w świetnych ośrodkach w Heidelbergu, Oksfordzie czy Paryżu, podczas gdy pozostałości polskich ośrodków badawczych będą dogorywać z powodu zupełnego braku funduszów. 

Cezary Wójcik, Dallas, USA 
Józef Wieczorek, Kraków 

 
Autorzy są inicjatorami Niezależnego Stowarzyszenia na rzecz Nauki i Edukacji w Polsce. 

Tekst opublikowała Rzeczpospolita 8.11.2004 

http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=12

2004-11-21

Czy nowa ustawa o szkolnictwie wyższym da nam szanse na wyjście z czwartej ligi ?

Czy nowa ustawa o szkolnictwie wyższym 
da nam szanse na wyjście z czwartej ligi ?
 

Polityka (nr. 40, 2004 – Niższe szkoły wyższe) słusznie zauważyła, że nawet najlepsze polskie uczelnie to światowa czwarta liga jak wynika z rankingu uczelni z całego świata. Co prawda nie wszyscy się z tym zgadzają, twierdząc, że to kryteria przyjęte w rankingu nas krzywdzą. Niewątpliwie gdyby w rankingu światowym, podobnie jak w naszych rodzimych rankingach, i w kryteriach stosowanych przez Państwową Komisję Akredytacyjną, brano przede wszystkim pod uwagę liczbę profesorów (najlepiej belwederskich) i habilitacji bylibyśmy naprawdę wysoko, niewątpliwie na czele pierwszej ligi. Rzecz w tym, że na świecie takie kryteria mało kogo obchodzą, bo celem nauki nie jest zdobywanie tytułów tylko poszerzanie światowej wiedzy a uczelnie winny ją przekazywać studentom i uczyć młodych jak nową wiedzę tworzyć. My w tym jesteśmy słabi, bo jesteśmy nastawieni głównie na zdobywanie tytułów niezależnych często od poziomu wiedzy i produkcję mało wartych dyplomów. Mamy wielu ‚sklonowanych’ profesorów pracujących na wielu etatach w bardzo licznych uczelniach, ale na ogól bardzo słabo znanych, lub nie znanych w nauce światowej. Chlubne wyjątki tylko potwierdzają regułę. 

Niestety obecny system nauki i edukacji w Polsce jest dość osobliwy i nie zanosi się na to aby został zmieniony. Preferowany tzw. prezydencki (zwany też rektorskim) projekt ustawy o szkolnictwie wyższym utrwala ten anachroniczny, finansowo marnotrawny i mało wydajny system nauki polskiej. Konkurencyjny projekt poselski jest otwarty na najbardziej wydajny system anglosaski, gdzie nie ma habilitacji a są otwarte konkursy (a nie fikcyjne jak u nas) na stanowiska uczelniane. Niestety projekt poselski zakłada zbytnią stabilizację kadry co nie jest zgodne z duchem systemu anglosaskiego i co prowadzi do wielu patologii. Wzorcowa obecnie kariera to od studenta do rektora na jednej uczelni. Ponad 50-letnie przebywanie na tej samej uczelni to powód do chwały i nagrodę z okazji inauguracji kolejnego roku akademickiego. Natomiast mobilność kadry naukowej jest w naszym systemie źle widziana. Chów wsobny (wychowywanie swoich dla siebie) jest dominującym sposobem rekrutacji kadry akademickiej. Trzymający władzę w nauce jak ognia boją się wprowadzenia oceny dorobku przez międzynarodowe gremia, co jest niemal standardem nie tylko w pierwszej, ale nawet w drugiej czy trzeciej lidze. Z kolei polski doktor, dla którego nie ma miejsca na czwartoligowej polskiej uczelni, może być członkiem międzynarodowego jury dla oceny zagranicznego badacza. Polskiego badacza mogą natomiast oceniać tylko sami swoi, z tytułami, chociaż często bez znajomości ocenianej rzeczy. Niestety projekty ustawy nie przewidują zmian tego patologicznego systemu. 

Dlaczego stanowiska profesorskie nie mogą być obejmowane przez nie-swoich doktorów mających międzynarodowy dorobek i autentyczne osiągnięcia edukacyjne ? Po co utrzymywać osobliwy tytuł profesora ‚belwederskiego’ nadawanego przez Prezydenta skoro nie ma profesorów ‚białodomowych’, ‚elizejskich’, ani nawet ‚hradczańskich ? 
Niestety w Polsce tytuły mają znaczenie sakralne, czego nawet akcesja do Unii nie jest w stanie zmienić. Zanosi się na to, że możemy mieć nową ustawę, ale w starych szatach, bez ustawienia’ spraw najważniejszych – systemowych, czyli m.in. modelu kariery naukowej, tak osobliwego w Polsce. W tych sprawach stracono już 15 lat i możemy stracić 15, a nawet więcej następnych, tracąc jednocześnie tysiące, czy nawet setki tysięcy młodych, kreatywnych ludzi, dla których w Polsce, w nauce nie będzie miejsca. Nie będzie też sensu powrotu dla wielu Polaków aktywnie pracujących naukowo za granicami kraju.

Jeden ze współtwórców prezydenckiego projektu ustawy – Rektor UJ, Prof. Ziejka – ostatnio wyraził publicznie (DEBATA, TV) nadzieję, że zgodnie z nową ustawą będzie mógł zatrudniać nie-habilitowanych profesorów zagranicznych – bo tam nie ma habilitacji. Habilitacja będzie natomiast obowiązkowa dla Polaków zgodnie z tym projektem. Jak ktoś będzie Polakiem to nie będzie mógł być profesorem na polskiej uczelni bez habilitacji. Chyba to jest jawna dyskryminacja Polaków niezgodna z Konstytucją. Może prowadzić do ucieczki Polaków do innych krajów, gdzie nie ma habilitacji lub do wynarodowienia naukowców polskich, którzy będą przyjmować obywatelstwo innych krajów, aby mieć możliwość zatrudnienia na polskiej uczelni bez habilitacji. Polak – nie-habilitowany profesor Uniwersytetu w Cambridge (pierwsza liga światowa) nie będzie miał po co wracać do Polski, bo co najwyżej mógłby być zatrudniony na etacie adiunkta na uczelni z czwartej ligi światowej. Taki jest kuriozalny system nauki w Polsce i tak ma pozostać zgodnie z prezydenckim projektem ustawy. Jesteśmy w Unii, ale tak jak w Unii długo jeszcze u nas ma nie być. Rektor UMK, Prof. Kopcewicz ostatnio argumentował w Senacie, że i u nas za dwieście lat sytuacja będzie inna’. Ale taka perspektywa może mieć istotne znaczenie co najwyżej dla rozwoju badań nad hibernacją, ale naukowcy z innych dziedzin raczej na spełnienie tych obietnic nie będą czekac. 

Projekt prezydencki dobrze reprezentuje interesy korporacji profesorskiej (rektorskiej), która ten projekt przygotowała, ale chyba nie jest podyktowany troską o dobro kraju. Rektorzy zdają sobie sprawę z tego, że tą ustawę dobrze zabezpieczającą ich interesy może uchwalić tylko ten upadający już Sejm. Rektor UJ, Franciszek Ziejka mówił ostatnio „Jeśli przetrwa ten Sejm, to jest szansa na to, aby ustawa o szkolnictwie wyższym była uchwalona w tej kadencji sejmowej” (tekst ‚Dwie propozycje’, Dziennik Polski – 14-09-2004) Jest bowiem oczywiste, że nie byłoby już takiej szansy gdyby powołano nowy, mający większe poparcie społeczne i bardziej zatroskany o losy kraju Sejm. 

Projekt ustawy o szkolnictwie wyższym to kolejny bubel i jasne jest że jak przejdzie w tym sejmie to trzeba go skierować do Trybunału Konstytucyjnego albo Europejskiego. Ale po co to taki projekt w ogóle dawać do Sejmu ? 

Dlaczego nie przyjąć systemu, który sprawdził się w krajach mających uczelnie w pierwszej lidze ? Trzymanie się kurczowo systemu czwartoligowego, może spowodować, że i z tej ligi możemy niedługo spaść, bo inne kraje europejskie starają się zmienić aby nawiązać konkurencję z najlepszymi. 

Józef Wieczorek 

autor jest inicjatorem Niezależnego Stowarzyszenia na Rzecz Nauki i Edukacji 

Fragmenty tekstu zostały opublikowane na łamach Polityki nr 44,2004 

http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=9

2004-11-20

Ustawa o szkolnictwie wyższym – czy kolejny bubel legislacyjny jest naprawdę pożądany?

Ustawa o szkolnictwie wyższym – 
czy kolejny bubel legislacyjny jest naprawdę pożądany? 

Obecny Sejm mający znikome poparcie społeczne, właściwie już na ‚łożu śmierci’, produkuje coraz to nowe buble legislacyjne, które podlegają kolejnym nowelizacjom, także niekiedy naruszającym prawo i kierowanym do Trybunału Konstytucyjnego. W Sejmie tym znajduje się projekt ‚Prawo o szkolnictwie wyższym’, a właściwie 2 projekty – prezydencki i poselski, które po pierwszym czytaniu zostały przekazane do specjalnej komisji, aby z nich przygotowała jeden. 
Niestety nie ma woli politycznej, aby doszło do opracowania ustawy, która by zmieniła system nauki i edukacji w Polsce stanowiący obecnie skansen PRL-u. Tworzone są ustawy cząstkowe: ustawa o tytułach i stopniach naukowych – ostatnio znowelizowana, ustawa o finansowaniu nauki i wspomniane – prawo o szkolnictwie wyższym. Niestety te ustawy nie zmieniają zasadniczo ustroju nauki, tak osobliwego i bardzo odbiegającego od najbardziej efektywnego systemu anglosaskiego. 
Zdumiewające jest, że rektorzy uczelni chwytają się tego sejmu jak tonący brzytwy domagając się uchwalenia ustawy, grożąc procesją jakby do tego nie doszło. Zdają chyba sobie sprawę, że żaden sejm o lepszej kondycji moralnej i intelektualnej na uchwalenie takiej ustawy się nie zdobędzie. 

Dwie propozycje 

Rektor UJ – Franciszek Ziejka w artykule „Dwie propozycje” (Dziennik Polski – 14-09-2004) dyskredytuje projekt poselski zachwalając prezydencki. 
Dyskusje na temat projektów nowej ustawy toczą się nie tyle w mediach drukowanych, co głównie w Internecie m.in. na stronach
http://www.solidarnosc.org.pl/~ksn/ 
http://www.naukowcy.republika.pl/ 
http://www.psrp.org.pl/?sub=aktualnosci&sec=rozne 
http://forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=32 
a także w parlamencie – http://orka.sejm.gov.pl/Biuletyn.nsf 
Podstawowe różnice między obu projektami to – petryfikacja obecnego systemu nauki i edukacji w projekcie prezydenckim (rektorskim) i wola jego zmiany w poselskim, niestety zbyt kompromisowym i niedopracowanym. 
Projekt poselski wymusza niejako zmiany w całym systemie nauki, bo proponuje inny model kariery akademickiej wzorowany na modelu anglosaskim – niestety nie do końca, bo zachowuje kuriozalny w skali światowej tytuł profesora belwederskiego (czy raczej obecnie „namiestnikowskiego”) i niestety idzie zbyt daleko odnośnie stabilizacji kadry, co nie da się pogodzić z duchem systemu anglosaskiego. Tym niemniej po wprowadzeniu koniecznych zmian ten projekt byłby bliższy modelowi preferowanemu coraz szerzej w krajach unijnych, gdy natomiast projekt prezydencki (rektorski) bliższy jest systemowi obowiązującemu w krajach komunistycznych czy post-komunistycznych (np. w Białorusi, Mołdawii czy na Kubie). 
Jesteśmy już w Unii, ale nie w nauce i edukacji. Niektórzy rektorzy zapewniają co prawda, że za 200 lat będzie jednak lepiej, ale kto będzie czekał na osiągnięcie takiego matuzalemowego wieku? Młodzi na wszelki wypadek opuszczają kraj nie czekając na spełnienie takich wątpliwych obietnic rektorskich. 
Rektorzy wprowadzają w błąd społeczeństwo twierdząc, że ich projekt spełnia wymogi unijne w przeciwieństwie do projektu poselskiego. Jest całkiem inaczej! 

Polemika z tezami Rektora UJ 

Rektor Ziejka bardzo słusznie zauważa, że „rocznie przybywa nam około 5 tys. doktorów rocznie. Musi istnieć sposób ich weryfikacji, zanim przejmą opiekę nad innymi pracownikami naukowymi.” Niestety obecny i proponowany do utrwalania w projekcie prezydenckim system weryfikacji się nie sprawdza. 
Najlepszym sposobem tej weryfikacji byłyby otwarte, rzeczywiste konkursy na obsadę stanowisk z udziałem weryfikatorów zagranicznych. Obecny system lipnych konkursów – dla swoich – w ramach stosowanego chowu wsobnego niczego nie weryfikuje pozytywnie (wyjątki tylko potwierdzają regułę). Przy obecnym sposobie weryfikacji ktoś, kto uformował wielu pracowników naukowych nie ma szans na zatrudnienie w uczelni – zbyt duży kontrast z pozytywnie zweryfikowanymi, którzy i pracy magisterskiej nie potrafią poprowadzić, ani plagiatu wykryć. 
Weryfikacja merytoryczna winna się zaczynać na szczeblu przyjęć na studia (a nawet wcześniej) i winna dotyczyć także osób zatrudnianych na stanowiskach profesorów. Profesor to winno być stanowisko dla aktywnych naukowo i dobrych edukacyjnie nauczycieli akademickich, a nie dożywotni tytuł stanowiący coś w rodzaju dożywotniego immunitetu. 
Rektor Ziejka polemizuje ze zwolennikami zmiany systemu nauki: „Twierdzenie o tym, że habilitacja ogranicza rozwój naukowy jest absolutnie nieprawdziwe, bo młody człowiek rozwija się przygotowując określoną rozprawę”. 
Jednakże rozwój najlepiej widać po dobrych publikacjach w dobrych czasopismach i po efektach edukacyjnych. Habilitacje, które są publikowane często w makulaturowych pismach instytutowych większego znaczenia dla rozwoju nauki nie mają i nie świadczą o rozwoju młodego człowieka. Działalność naukowa jest na ogół zespołowa a w naszym systemie wymaga się natomiast działań indywidualnych, co ogranicza rozwój nauki. Jaki jest dystans do świata pracującego zespołowo – każdy widzi. 
Rektor Ziejka słusznie twierdzi – „Konkurencja jest wpisana w ten zawód. Osoby, które się nie sprawdzą, muszą odejść.” Tak być powinno, ale niestety jest inaczej. Osoby, które się nie sprawdzają w nauce i edukacji – nie odchodzą, tylko mają zapewnione dożywotnie posady bez kontroli, bez pozytywnych działań na rzecz nauki i edukacji. Odchodzą ci, którzy zagrażają dożywotnim profesorom, często nieaktywnym na polu nauki a bardzo aktywnym na polu wykańczania potencjalnych konkurentów. W obecnym systemie największą wartością nauczyciela akademickiego jest jego lojalność w stosunku do trzymających władzę w nauce. Najlepiej to zilustruje fragment z genialnego „Cesarza” Ryszarda Kapuścińskiego „Była to może najwybitniejsza indywidualność w elicie, człowiek godzien najwyższych zaszczytów i stanowiska. Cóż z tego, kiedy – jak wspomniałem – łaskawy pan nigdy nie kierował się zasadą zdolności, tylko zawsze i wyłącznie zasadą lojalności”. To się czyta tak jakby to był opis tego, co się dzieje w nauce polskiej. 

Rektor Ziejka martwi się postulatami projektu poselskiego: „Bo jak się ma rozwijać nauka, jeśli trudno będzie zwolnić słabego pracownika”. 
Otóż, słabi pracownicy zgodnie z projektem poselskim nie byliby zatrudniani na uczelniach, bo o przyjmowaniu pracowników decydowałyby otwarte, a nie fikcyjne jak obecnie konkursy oraz dorobek naukowy. 
Obecny stan rzeczy jasno wskazuje, że rektorzy nie mają nawet zamiaru zwalniać słabych pracowników, szczególnie wtedy, jeśli ci mają tytuły profesorskie przynoszące uczelni dużo punktów akredytacyjnych, natomiast nie mają trudności w zwalnianiu, nawet z naruszaniem elementarnych praw człowieka, dobrych pracowników – wychowawców wielu pracowników naukowych. Jak się ma rozwijać nauka skoro rozwijających naukę rektorzy nie chcą widzieć w swoich murach! 
Według rektora Ziejki – „Autorzy poselskiego projektu mówią, że trzeba równać do Ameryki, gdzie nie ma habilitacji, ale z drugiej strony nie chcą wiedzieć, że w Ameryce nie wolno pracować na dwóch uczelniach.” To wprowadzanie w błąd czytelnika. Właśnie oba projekty i prezydencki i poselski zakładają możliwość pracy na 2 etatach i to jest negatywna strona obu tych projektów! Najwyższy czas skończyć z tym procederem wieloetatowości profesorskiej (nierzadko fikcyjnej) szczególnie bulwersującej w sytuacji silnego bezrobocia dotykającego także doktorów. 
Rektor Ziejka obawia się, że w przypadku likwidacji habilitacji „Każda uczelnia mogłaby wówczas mnożyć profesorów, ale czy każdy profesor byłby mądry…” jakby nie zauważając, że przy obecnej weryfikacji kadr nie każdy profesor jest mądry. Widocznie ta weryfikacja jest wysoce niedoskonała. Ostatnio jeden z profesorów wypowiadał się, że proporcjonalnie ilość kretynów wśród profesorów nie jest mniejsza niż w innych zawodach. Widać obecny system źle działa skoro tak jest, i widać to gołym okiem. Petryfikacja tego stanu rzeczy nie poprawi proporcji mądrych profesorów wśród głupich. 
Rektor Ziejka obawia się także, że „komitety zakładowe określonego związku zawodowego będą decydowały o tym, komu dać profesurę a komu nie” ale jakby zapomina, że przecież wielu obecnych profesorów zostało „przepuszczonych” przez komitety zakładowe PZPR, które decydowały komu dać profesurę, a komu nie. Panu Rektorowi jakby to nie przeszkadzało. Straszy tym, czego i tak nie będzie, a aprobuje to co jest, mimo że być nie powinno. W nauce i edukacji żadnej pozytywnej weryfikacji nie było. Nadal dominuje selekcja negatywna. 
Rektor Ziejka twierdzi, że „Chodzi o stworzenie normalnego rynku edukacyjnego.” Niestety projekt prezydencki tego nie zapewnia. Obecnie zgodnie z ustawą o szkolnictwie wyższym (a w każdym razie ze stosowaną jej wykładnią) nawet kryminaliści mogą zakładać szkoły wyższe (http://kiosk.onet.pl/art.asp?DB=162&ITEM=1189077&KAT=241, Trybuna Sląska 17.09.2004), i nawet ministerstwo edukacji nie jest przekonane czy nowa ustawa taką możliwość wykluczy. Ziejka twierdzi „Chodzi po prostu o inne pojęcie rozumienia zawodu nauczyciela akademickiego. To nie jest zawód zwyczajny, to jest powołanie”. Niewątpliwie, jeśli zawód może być wykonywany nawet przez kryminalistów – to nie jest to zwykły zawód. Do takiego zawodu trzeba mieć autentyczne powołanie! 
Czy to jest normalny rynek edukacyjny? Okazuje się, że ci, którzy mieli wysokie osiągnięcia edukacyjne, najwyższe oceny od studentów i wychowanków negatywnie wpływali na młodzież akademicką i pracować na uczelniach nie mogą, ale kryminaliści takiego negatywnego wpływu nie mają i mogą nawet szkoły zakładać. Czy to jest normalne? 
Polska winna być normalnym europejskim krajem, państwem prawa. Niestety tak nie jest, szczególnie w sferze nauki i edukacji. Jeśli zostanie przyjęty w zasadniczej części prezydencki projekt ustawy to długo w tych sferach normalnie nie będzie. Kolejny bubel legislacyjny jest naprawdę pożądany tylko przez rektorów. Młodzi woleliby zmianę systemu nauki i edukacji w Polsce, aby było normalnie i żeby mogli się realizować w swoim kraju, zamiast opuszczać go nieraz na zawsze, bo nie ma do czego wracać. Ustawy tak przyjazne nawet dla kryminalistów są bardzo nieprzyjazne dla uprawiających naukę a tak nie powinno pozostać na wieki. 

Józef Wieczorek 
(autor jest inicjatorem Niezależnego Stowarzyszenia na Rzecz Nauki i Edukacji) 

Tekstu nie przyjęła redakcja Dziennika Polskiego. 
Jak widać żadnej polemiki z twórcami i zwolennikami projektu prezydenckiego w środowisku akademickim być nie może. W nauce zamiast koniecznego nieposłuszeństwa w myśleniu obowiązuje obecnie lojalność w stosunku do trzymających władzę. 

Tekst opublikowano w Niezależnym Magazynie Publicystów – Kontrateksty 

http://www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=10

2004-11-20

STARY SYSTEM W NOWYCH SZATACH

STARY SYSTEM W NOWYCH SZATACH 

O prezydenckim projekcie ustawy o szkolnictwie wyższym

Reforma edukacji ‚od przedszkola do doktora’ została zahamowana, bo reforma ta nie miała głowy. Zreformowano przedszkola i nieco szkoły ‚niższe’, a szkoły wyższe pozostały skansenami nie do końca upadłego systemu socjalistycznego. Kształceni w skansenach PRL nauczyciele nie stali się motorniczymi, lecz są hamulcowymi reform. Wyższe uczelnie kształcą już masowo doktorów, ale tych nie wchłaniają ani szkoły wyższe, ani upadający przemysł, ani szkoły ‚niższe’. Doktor, nawet z dużymi osiągnięciami dydaktycznymi na uczelni, nie ma na ogół szans na zatrudnienie w liceum czy gimnazjum, gdyż stanowiłby konkurencję dla niekreatywnego zespołu takiej szkoły. Nawet gdyby wygrał konkurs na takiego nauczyciela to musiałby przejść przez staż, np. u słabego swojego wychowanka, który może być już mianowanym, a może i dyplomowanym nauczycielem. Taki jest kuriozalny system promujący mniejsze kwalifikacje i brak kreatywności. Żadna z dotychczasowych ustaw tego nie znosi, bo ustawy są cząstkowe i nie uwzględniają interesu całego społeczeństwa a tylko interes jakiejś grupy, która ma siłę przeforsować korzystną dla siebie ustawę.

Tak też jest z ustawą o szkolnictwie wyższym, której projekt przygotowywany jest przez zespół prezydencki. Ten projekt nazwano też profesorskim bo przygotowywany jest przez profesorów i zabezpiecza dobrze ich interesy.

Skazani na peryferia

Profesorowie argumentują, że taka ustawa jest potrzebna aby być w zgodzie z tworzeniem jednej przestrzeni dydaktycznej i naukowej w Europie co zapisano w tzw. Karcie Bolońskiej sformułowanej i podpisywanej przez rektorów uczelni europejskich.
Jednakże projekt prezydencki nie jest zgodny z Kartą Bolońską. Gdy zostanie wdrożony, nie znajdziemy się w przestrzeni europejskiej, a co najwyżej – na jej peryferiach.
Nowa ustawa nie zajmuje się kompleksowo zmianami w nauce i edukacji. Stanowi dostosowanie do już istniejących rozwišzań mających swe korzenie w PRL, jak np. piramidalnie rozbudowany system stopni i tytułów naukowych (w tym profesora belwederskiego – kuriozum na skalę światową). Odnosi się wrażenie, że chodzi o przebranie starego systemu w nowe szaty.

Potęga habilitacyjna, mizeria naukowa

Polska jest potęgą habilitacyjną ale mizerią naukową i tak może pozostać na lata. Wielu profesorów protestuje przeciwko uproszczeniu awansu naukowego na wzór amerykański przypominając konsekwencje politycznie uwarunkowanych awansów po 1968 r. (‚docenci marcowi’). Ale politycznie uwarunkowane awanse miały miejsce i po roku 1989 r. a zdarzają się także obecnie.

Wymóg habilitacji wcale nie zamknął miernotom drogi do awansów. Profesorowie habilitowani mają trudności z wykrywaniem plagiatów, z formowaniem nowej kadry naukowej, prowadzeniem dydaktyki na wysokim poziomie, a zwykli doktorzy nie mieli z taką działalnością większych problemów, poza problem nienawiści ze strony ‚profesorów’. Jakoś dziwnie wielu ‚uczonych inaczej ‚ robi tzw. habilitacje nie wtedy gdy pracują na uczelniach, lecz wtedy gdy pracują na ministerialnych czy pokrewnych stanowiskach. Ciekawe, że dopiero po przejściu do polityki znaleźli czas na prace naukową.

Mierni naukowo, ale dobrze umocowani politycznie i towarzysko, bez problemów się habilitują. Mamy wielu profesorów po habilitacjach w Akademiach Nauk Społecznych (przy KC PZPR), mamy profesorów po habilitacjach w Moskwie, Mińsku, Kijowie, w NRD, bo tam jest (lub był) system z naszym kompatybilny. Absolwenci i doktorzy Harvardu czy innych renomowanych uczelni mają natomiast problemy nie tylko z awansem, ale w ogóle z zatrudnieniem w polskim systemie nauki i edukacji. Podobnie jest z niezależnymi naukowcami rodzimego chowu. Przegrywają ustawione konkursy na obsadzanie etatów uczelnianych. Jeśli przetarg gospodarczy jest ustawiony to istnieje szansa, że opozycja polityczna taki przetarg zakwestionuje, a media opiszą. A czy ktoś czytał o ustawionych konkursach na uczelniach? O ustawionych konkursach na wygrywanie projektów badawczych – grantów KBN? A to jest standard w tradycji nauki polskiej. Chyba dlatego media o tym nie piszą i wszyscy uważają, że tak winno być.
Projekt nowej ustawy prezydenckiej tego tematu nie podejmuje.

Generałami nie liczy się armii

Europa otwiera się na USA, gdzie nauka nie jest umocowana politycznie, a jej cel stanowi nie uzyskiwanie stopni i tytułów, tylko osiąganie nowych wyników. W USA habilitacji nie ma, a nauka jest na światowym poziomie. U nas uczony po habilitacji często zawodowo się wypala – tacy ludzie do emerytury nie są już w stanie nic zrobić. Nierzadko zajmują się tylko obroną zajmowanych pozycji i niszczą potencjalną konkurencję, zamiast tworzyć aktywne naukowo zespoły badawcze.

W krajach gdzie naukę uprawia się na serio, prowadzi się najczęściej badania zespołowe. U nas priorytetem jest zdobywanie licznych stopni i tytułów, a te trzeba zdobywać w samotności, jak ostatnio słyszałem (na rozprawie sądowej!) od profesora doktora habilitowanego, który wyraźnie oddzielał proces prowadzenia badań naukowych (w zespołach) od procesu awansu naukowego (praca w samotności). I w tym miał rację, bo tak u nas jest. Albo się uprawia naukę, albo się zdobywa stopnie. I tak ma pozostać !?

Stopnie i tytuły są celem nauki polskiej. Jeśli tego się nie zmieni, nic się nie zmieni. Nie można rozwoju nauki mierzyć tylko wzrastajšcą krzywą utytułowanych, co bardzo lubią biurokraci. Niestety, u nas rozwój nauki tak się mierzy.

Po wprowadzeniu prezydenckiego projektu ustawy nauka w Polsce będzie nadal bardziej kompatybilna z nauką białoruską czy ukraińską niż z tą uprawianą w krajach Unii Europejskiej. Po habilitacje najlepiej będzie nadal jeździć za Bug, bo zza Odry, czy zza oceanu nic podobnego nie uda się przywieźć.

W prezydenckiej ustawie od ilości profesorów uzależniony jest podział szkół na akademickie i nie-akademickie. Uczelnie między sobą się różnią – i to znacznie. Podział jest konieczny, ale czy kryteria podziału są zasadne? Czy rzeczywiście poziom nauczania w uczelni jest uzależniony od ilości profesorów? Czy siła armii uzależniona jest od ilości, często kiepskich, generałów?

Po co nam doktorzy

W Polsce masowo kształci się doktorów. Ale jaka z nich korzyść? Dlaczego kształceni w takich ilościach doktorzy nie stanowią podstawowej kadry nowych uczelni niepaństwowych ? Wielu z nich nie może znaleźć pracy. W czym problem ? Czy profesorowie nie biorą na serio doktorów, których sami wypromowali bo wiedzą, że oni się do niczego nie nadają, czy też doktorzy są tak dobrzy, że obawiają się ich konkurencji ? Brak badań w tej materii, więc trudno opowiedzieć na to pytanie.
Za granicami doktorzy nadal się kształcą – w różnych zespołach, na różnych uczelniach. Jeśli publikują w dobrych czasopismach, biorą udział w kształceniu kadry, mogą walczyć o etaty na uczelniach. Do konkursów staje i 100, a nawet więcej doktorów. Wygrywa najczęściej najlepszy. U nas do konkursu staje na ogół jedna wytypowana osoba, reguły konkursu są dostosowane do jej kwalifikacji, i z góry wiadomo, że jest to osoba najlepsza. Często jest to krewny któregoś z pracowników uczelni, bo u nas kryteria genetyczne dominują nad merytorycznymi. Do takich doktorów kadra uczelni nie ma zaufania, ale nie ma też siły ani chęci wyjścia poza ten zamknięty krąg. Dopiero mianowani przez prezydenta nie-magistra profesorowie belwederscy są u nas kadrą cenioną bo pochodzącą z namaszczenia pozauczelnianego.
Prezydencki projekt ustawy o szkolnictwie wyższym ten stan petryfikuje bo inaczej do głosu by mogli dojść niesformatowani doktorzy i rozpędzić ten cały cyrk.

Józef Wieczorek 

Opublikowane w: Gazeta Polska, 21 stycznia 2004

Niezależnym okiem o projekcie nowej ustawy o szkolnictwie wyższym

Niezależnym okiem o projekcie
nowej ustawy o szkolnictwie wyższym
 

(r. 2004)

Media informują wybiórczo o projektach nowej ustawy o szkolnictwie. Dobrze że ‚Życie’ zrobiło w tym wyłom ( Ożywczy powiew reformy. Kto i jak chce uporządkować szkolnictwo wyższe? – 12.02.2004) informując nie tylko o projekcie prezydenckim, ale także o poselskim, przez media pomijanym.

Informacje prof. Jerzego Woźnickiego o projekcie prezydenckim są bałamutne. Szef zespołu powołanego przez prezydenta do przygotowania nowej ustawy twierdzi, że projekt nie jest co prawda rewolucyjny ale integruje polskie szkolnictwo wyższe z europejskim. Nie jest to zgodne z rzeczywistym stanem rzeczy. Projekt ten nie tylko nie jest rewolucyjny, ale wręcz petryfikuje obecny kuriozalny system nauki i edukacji w Polsce, i jest sprzeczny z kartą bolońską. Polska po jego akceptacji nie znajdzie się we wspólnej przestrzeni europejskiej a co najwyżej na jej peryferiach. Karta bolońska wymaga systemu niezależnego intelektualnie i moralnie od władzy politycznej, a projekt przedkładany przez Prof. Jerzego Woźnickiego jest od tej władzy uzależniony.

Zależność intelektualna i moralna od władzy politycznej dzięki tej ustawie będzie wpisana w system nauki edukacji jak to ma miejsce i do tej pory. Po przyjęciu ustawy nadal prezydent będzie nadawał kuriozalny i nieznany w krajach europejskich tytuł profesora belwederskiego czy raczej obecnie namiestnikowskiego. Nadal komisja umocowana przy premierze będzie czuwała nad licznymi stopniami i tytułami. Lojalność w stosunku do trzymających władzę na uczelniach jest jednym z najważniejszych „osiągnięć” tej ustawy rzekomo likwidującej wieloetatowość, gdy tymczasem wieloetatowość ma być zachowana ale tylko dla lojalnych w stosunku do rektorów!!! – często zresztą wieloetatowców. Ustawa nie likwiduje bezetatowości niewygodnych dla rektorów aktywnych naukowo doktorów i nie stwarza przyjaznego klimatu do powrotów doktorów pracujących obecnie w zagranicznych ośrodkach naukowych.

Twierdzenia Prof. J.Woźnickiego „Usuwamy dzięki temu patologię wieloetatowości” czy „Nowa ustawa dostosowuje polskie prawo do unijnych standartów” są po prostu nieprawdziwe. Ustawa jest nie tylko niezgodna z kartą bolońską, ale nawet z Konstytucją III RP, gdyż wprowadza nierówność w zatrudnianiu polskich i zagranicznych obywateli.

Projekt PiS idzie w lepszym kierunku, nawiązującym do modelu systemu nauki i edukacji w Europie i w USA, podobnie jak zapomniany przez media projekt NSZZ Solidarność. Nad takimi projektami należałoby dyskutować aby je ulepszyć. Nie można np. projektować, że profesorem pomocniczym może zostać osoba z doktoratem, która ma „jakiś dorobek naukowy”. To muszą być osoby, które mają znaczący dla nauki dorobek. Inaczej europejskiego poziomu nauki i nauczania się nie osiągnie. Istnieje konieczność wprowadzenia zapisu aby konkursy na etaty były otwarte i ogłaszane w internecie, a nie tylko na tablicy ogłoszeń. Obecnie znane są one tylko osobom, na które „konkurs” został rozpisany i co najwyżej przypadkowo przechodzącym koło tablic ogłoszeniowych, niezorientowanym czasami w rzeczywistym charakterze „konkursu”. U nas konkursy są fikcją wpisaną w system i tworzą przyjazny klimat dla nepotyzmu, powszechnego zresztą na uczelniach.
Istnieje konieczność wprowadzenia instytucji mediatora akademickiego na wzór uczelni amerykańskich i europejskich, gdyż nie może być tak, że na mocy definicji rektor jest jedynym sprawiedliwym, bez możliwości ustalania prawdy.

Media tak informują społeczeństwo jakby zatwierdzenie i wprowadzenie w życie (od nowego roku akademickiego) jedynie słusznego projektu prezydenckiego było tylko formalnocią. To byłaby katastrofa dla nauki i edukacji w Polsce na wiele lat ! Najwyższy czas rozpocząć autentyczną debatę i prace nad zmianą systemu nauki i edukacji w Polsce w nawiązaniu do standardów światowych.

Józef Wieczorek, Kraków

Przesłane do Redakcji ŻYCIA, niepublikowane